Po wtorkowej i środowej interwencji Narodowego Banku Polskiego kurs euro zawrócił z wieloletnich szczytów i znalazł się poniżej 4,80 zł. Nie zmienia to jednak faktu, że polski złoty pozostaje niezmiernie słaby podobnie jak inne waluty naszego regionu.


Za nami burzliwe dni na polskim rynku walutowym. Notowania euro, dolara czy franka zwyżkowały po ok. 10 groszy dziennie. To zmienność zwykle niespotykana na rynku złotego. Kierunek zasadniczo był jeden: w górę. Kurs euro po raz pierwszy od marca 2009 roku przekroczył poziom 4,80 zł. Dolar był najdroższy od 21 lat. Notowania franka szwajcarskiego osiągnęły najwyższe wartości w historii.
Przeczytaj także
Do gry wszedł Narodowy Bank Polski, który we wtorek i w środę interweniował na rynku, aby umocnić złotego. Wsparcie dla polskiej waluty nadeszło też z Ministerstwa Finansów, które zapowiedziało wymianę środków walutowych bezpośrednio na rynku, a nie w NBP. Te posunięcia wystarczyły jednak tylko na to, by zatrzymać spadek swobodny złotego. O jakimkolwiek umocnieniu na razie trudno jest mówić.
W czwartek o 10:16 kurs euro kształtował się na poziomie 4,7724 zł, a więc o ponad trzy grosze wyżej niż na zamknięciu środowych notowań. Zarazem są to poziomy wyraźnie niższe niż szczyty z wtorku i środy, kiedy to kurs EUR/PLN sięgał strefy 4,80-4,83 zł. Stąd jest już niebezpiecznie blisko do historycznych rekordów z marca 2004 (4,95 zł) i lutego 2009 (4,92 zł).
Dlaczego złoty tak mocno traci?
Złoty nie jest tu wyjątkiem. Zmasowana wyprzedaż dotknęła także inne waluty naszego regionu. Forint węgierski był wczoraj względem euro najsłabszy w historii. Mocno traciła nawet korona czeska, postrzegana za najbezpieczniejszą walutę Europy Środkowej. Tej sytuacji trudno się dziwić. Rynek reaguje na wojnę w Ukrainie, podwyższając premię za ryzyko trzymania walut krajów przyfrontowych. Kapitał ucieka więc z całego naszego regionu i póki sytuacja się nie uspokoi, nic tego nie zatrzyma.
Po drugie, w najbliższych miesiącach czeka nas zupełnie niespodziewany jeszcze tydzień temu silny wzrost inflacji. Oznacza to dodatkowe obniżenie i tak już mocno ujemnych realnych stóp procentowych. Aby obronić złotego przed dalszym osłabieniem Rada Polityki Pieniężnej powinna zdecydowanie podnieść stopy procentowe. Najlepiej od razu przynajmniej o 75-100 pb. To jednak rodzi ryzyko jeszcze ostrzejszego wyhamowania wzrostu gospodarczego w kolejnych kwartałach.
Po trzecie, polskie aktywa znajdują się w tym samym „koszyku” co rosyjskie. Giełda w Moskwie pozostaje zamknięta, a handel rublem jest utrudniony. Fundusze borykające się z umorzeniami jednostek zmuszone są więc sprzedać cokolwiek, aby sprostać żądaniom inwestorów. I często nie mogą sprzedać nic innego jak tylko polskiego złotego.
Co może się wydarzyć?
W ostatnich dniach na rynku złotego mieliśmy do czynienia z paniką podobną do tej z marca 2020 roku czy z zimy 2009 roku. Tak mocne osłabienie polskiej waluty wynika z zewnętrznych czynników obiektywnych, ale też z często impulsywnych i emocjonalnych decyzji inwestorów z Londynu czy Nowego Jorku. Podobnie jak przy poprzednich tego typu panikach kurs złotego nie oddaje aktualnej siły i fundamentów polskiej gospodarki.
Teraz piłeczka jest po stronie polskich władz, zwłaszcza tych monetarnych. Interwencje NBP były pozytywnym sygnałem dla złotego, aczkolwiek w mojej ocenie były spóźnione przynajmniej o 2-3 dni. Jednakże w warunkach płynnego kursu złotego i swobodnego przepływu kapitały polski bank centralny nie jest w stanie na dłuższą metę zatrzymać deprecjacji złotego samymi interwencjami. Może w ten sposób co najwyżej spowalniać ten proces i odstraszać spekulacyjny kapitał traktujący kurs EUR/PLN jako instrument pozwalający zarabiać na eskalacji wojny rosyjsko-ukraińskiej.
Długoterminową formą obrony złotego byłaby solidna podwyżka stóp procentowych wraz z mocną deklaracją RPP, że obecny poziom kursu euro jest nieakceptowalnie wysoki i że rada oraz NBP nie pozostaną bezczynne. Pamiętajmy, że osłabienie złotego jest czynnikiem proinflacyjnym, bezpośrednio uderzającym w polskich konsumentów (np. poprzez podwyżki cen paliw), ale też podnoszącym koszty działalności polskich przedsiębiorstw. Także tych nastawionych na eksport. Przecież aby cokolwiek sprzedać za granicę, większość firm musi najpierw sprowadzić niezbędne surowce bądź półprodukty. A te często albo są nabywane za granicą, albo ich ceny zależą od notowań na rynkach światowych.
Sądzę też, że jest już za późno, aby ratować siłę nabywczą oszczędności, w panice przewalutowując je na euro, dolary czy franki. Mleko już się rozlało – od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę złoty osłabił się o blisko 5% względem euro. Notowania dolara naruszyły covidowy szczyt z marca ’20 (ponad 4,30 zł), a frank szwajcarski (czyli tzw. bezpieczna przystań) stał się rekordowo drogi, w środę kosztując już prawie 4,74 zł.
Wydarzenia z ostatniego tygodnia dobitnie potwierdzają tezę, że warto posiadać zdywersyfikowany portfel inwestycyjny. Zdywersyfikowany przede wszystkim pod kątem geograficznym. Trzymanie wszystkich oszczędności w polskim złotym i w polskich aktywach bywa szalenie niebezpieczne. I właśnie po raz kolejny się o tym przekonaliśmy. To lekcja, którą warto odrobić, zanim wybuchnie następny kryzys.


























































