REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Czy mamy do czynienia z przełomem na kolei?

2015-05-01 09:00
publikacja
2015-05-01 09:00
Czy mamy do czynienia z przełomem na kolei?
Czy mamy do czynienia z przełomem na kolei?
fot. Katarzyna Waś-Smarczewska / / Bankier.pl

Poruszywszy dwa miesiące temu w duchu pozytywnym i umiarkowanie optymistycznym kwestię wdrożenia projektu Pendolino, a ostatnio dobrego przykładu odnowienia potrzebnej linii aglomeracyjnej z Krakowa do Wieliczki, zacząłem się zastanawiać, czy należy już odtrąbić odwrócenie trendu stanu naszej kolei.


(fot. Katarzyna Waś-Smarczewska / Bankier.pl)

Jak w większości krajów Europy Środkowej, narastający deficyt budżetu w okresie przed transformacją 1989/1990, a potem pierwszy okres transformacji – przezwyciężanie tegoż deficytu, poskramianie inflacji oraz zmniejszanie podatków – owocowało bezwzględnym traktowaniem i cięciem wydatków innych niż socjalne. Pierwsze objawy wzrostu skonsumowało zwiększanie tych ostatnich. Ofiarą tego procesu była infrastruktura i po części transport publiczny w ogóle. Taka osłabiona kolej, drogi i transport publiczny zderzyły się – w kolejnym etapie transformacji – ze wzrostem motoryzacji. Zmieniła się też struktura gospodarki, mniejsze znaczenie ma górnictwo i przemysł ciężki, co oznacza zmniejszenie dochodów tradycyjnie najbardziej rentownego działu kolei – przewozów towarowych. Ustała dotacja wewnętrzna, a  dotacje zewnętrzne przychodziły z oporami. Dość przypomnieć, że wszyscy zgadzali się, że oszacowanie na 800 mln zł rocznej dotacji do przewozów jest poprawne, ale stosowny wniosek ministra transportu był realizowany latami.

Kolej w końcu przyspiesza

Skutki były zauważalne, nie tylko na kolei zresztą. Perspektywy poprawy w oparciu o własne środki wyglądały marnie i dopiero istotny zastrzyk finansowy po wstąpieniu do Unii Europejskiej pozwolił na realny wzrost nakładów i modernizowanie infrastruktury oraz taboru. Najpierw w drogownictwie odnotowano już dekadę temu, że liczba kilometrów dróg, których stan ulega pogorszeniu w danym roku, jest już mniejsza od tych, które doznają poprawy. Teraz kolej odnotowuje zmniejszanie się liczby kilometrów ograniczeń prędkości. Pytanie, czy zły trend został przełamany, jest więc na miejscu.

W sukurs zainteresowanym odpowiedzią na to pytanie przychodzi ciekawy artykuł dr. inż. Andrzeja Massela – nie tak dawno wiceministra, a ostatnio na powrót naukowca Instytutu Kolejnictwa – na łamach „Techniki Transportu Szynowego” (1-2/2015).

Pierwszy ważny wniosek – w zakresie połączeń Warszawy z miastami wojewódzkimi oderwaliśmy się wreszcie od dominującego i prześmiewczego, ale prawdziwego porównywania z czasami przedwojennymi, z kolejami II RP. W tej klasie połączeń wyższość lat 30. ostała się jedynie w przypadku jazdy z Warszawy do Białegostoku: 1 godz. 58 min w 1939 r. to nadal niepobity kolejowy rekord. Obecnie kombinacja autobusu PKP IC i pociągu trwa 2 godz. 50 min.

Natomiast PRL trzyma się mocno jedynie w odniesieniu do Kielc: w 1972 r. z Warszawy 2 godz. 19 min, wobec współczesnych 3 godz. 5 min, drogą okrężną przez Dęblin zresztą. Obydwa przypadki wiążą się z modernizacją lub rewitalizacją, a więc są rokowania na rychłą i zdecydowaną poprawę. Dla Rzeszowa rekordowo dobry był 1997 r. (4 godz. 37 min), a dla Torunia 2003  r. (2 godz. 23 min). Nieźle na liście rekordów trzyma się rok 2010 – tego roku rekordowo krótko jechało się do Katowic (2 godz. 23 min), Łodzi (1 godz.14 min) i Szczecina (5 godz. 4 min). Spowolnienie można  tłumaczyć albo intensyfikacją remontów, albo osobliwością owego roku – były naciski polityczne, w rozkładach pocięto rezerwy, na papierze wyglądało dobrze, ale niekoniecznie poprawiało sytuację faktyczną.


(fot. Katarzyna Waś-Smarczewska / Bankier.pl)

Obecnie czasy są dłuższe od kilku do kilkunastu minut, z wyjątkiem Rzeszowa, gdzie nastąpiło wydłużenie o 47 min. O dwie lub osiem minut dłużej niż w 2014 r. jedziemy z Zielonej Góry i Bydgoszczy. W przypadku siedmiu miast, a więc niemal połowy, rekordowy jest jednak aktualny rozkład jazdy. Najszybciej w historii jedziemy więc do Gdańska, Gorzowa Wielkopolskiego, Krakowa, Olsztyna, Opola, Poznania i Wrocławia. Powyższe dane zaczerpnięte z licznych tablic wskazanego artykułu napawają optymizmem. Podobnie jak porównanie Polski z sąsiadami o podobnej historii: Czechami, Słowacją i Węgrami.

Okazuje się że średnia prędkość handlowa pomiędzy stolicami a pięcioma największymi ośrodkami w kraju jest najlepsza właśnie w Polsce. Nawet gdy ze względu na wielkość tych krajów ograniczyć się do dwóch ośrodków pozastołecznych, Polska nadal pozostaje liderem. Tak więc w ruchu dalekobieżnym nastąpiło odrobienie strat i to z nawiązką. Zakończenie wspomnianych wyżej modernizacji oraz realizacja generalnego założenia programowego na okres perspektywy 2014-2020, które mówi o prędkości 160 km/h na większości tras międzywojewódzkich, pozwoli zapewne uczynić kolej szybszym od autobusu środkiem transportu publicznego dalekobieżnego. Oby dotyczyło to także relacji takich jak Warszawa – Radom – Kielce – Kraków, gdzie przed wojną było 3 godz. 59 min, a potem już zawsze dłużej.

Tam, gdzie autobus wygrywa z pociągiem

Niestety będzie też trzeba odpracowywać straty, jakie obecnie postępują na niektórych liniach, zwłaszcza E30: Rzeszów – Tarnów – Kraków – Katowice – Opole – Wrocław, gdzie rozpoczęte i raczej wlokące się modernizacje w obu kierunkach od Krakowa zbiegły się z uruchomieniem autostrady A4 na prawie całej długości.  Zaowocowało to rozwojem komunikacji autobusowej na skalę nieznaną w historii. Zwłaszcza relacja Kraków – Katowice była tradycyjnie kolejowa (czas ekspresu ok 1 godz.), a dziś 2 godz. jazdy nie są w stanie konkurować z autobusami (1 godz. 15 min, co 30 min). 

Inna sprawa to pytanie, czy maksymalna prędkość 160 km/h wystarczy dla pozyskania pasażerów i to w liczbie tworzącej potoki zapewniające bezwzględną rentowność lub rentowność przy rozsądnej dotacji. Tu sytuacja może być rozmaita. Taka prędkość dominuje na przykład na liniach do Krakowa i Poznania, co zapewnia średnią prędkość techniczną około 145 km/h, a prędkość handlową ekspresów nieco ponad 120 km/h. W przypadku nieco większego Krakowa, do którego nie ma ani autostrady, ani drogi ekspresowej wprost z Warszawy, taka prędkość i cykl jedno- lub dwugodzinny zapewnia wedle opinii PKP IC dobrą frekwencję i rentowność. Co do Poznania, gdzie mamy autostradę A2, nie słychać już ani o frekwencji, ani o rentowności. Oby nie pojawiła się spirala spadku: mniej pociągów i gorszy cykl – mniej pasażerów – mniejsza rentowność – mniej pociągów…

Komfort w zamian za dłuższy czas przejazdu?

Trzeba też zwrócić uwagę na znaczenie komfortu. Linie autobusowe porywają się nie  tylko na trasę Kraków – Wrocław, gdzie koleją jedzie się albo powoli, albo na około, ale także na Kraków – Warszawa z czasem 4 godz. 20 min, jednak z Wi-Fi już teraz, przed zakończeniem debaty, kto ma je wmontować w Pendolino, oraz z VoD (wbudowane ekrany z możliwością wyboru filmów z listy), napojami i ceną poniżej ekstra ofert PKP IC. Czas jazdy to jedno, a jego pozorne, ale odczuwalne skrócenie przez zapewnienie komfortu i rozrywki to drugie.

Tadeusz Syryjczyk, ZDG TOR

Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (13)

dodaj komentarz
~as
kolej jest wygodniejsza od busów, widać poprawę infrastruktury, ale 160 km to powinno być minimum a nawet tego często nie ma...jest ciut lepiej ale nadal słabiutko
~ola6
gdzie jest nadzorca kolei i autostrad -pan Nowak,,ekspert i czarodziej wszechczasow ktory zmarnowal wiele kasy i czasu,przez brak kompetencji...PO go wyslalo w delegacje do Mongoli na praktyki???????????????
~moraviak
Porównywanie się do Czech, Słowacji czy Węgier jest manipulacją. Po pierwsze nasza kolej nie dorasta do pięt kolejom w tych krajach, po drugie pociągi nie rozwiną tam wielkich prędkości bo nie ma takich możliwości jak w Polsce np magistrala węglowa która zawyża wszystko, a po trzecie w tych krajach nie są potrzebne wysokie prędkości Porównywanie się do Czech, Słowacji czy Węgier jest manipulacją. Po pierwsze nasza kolej nie dorasta do pięt kolejom w tych krajach, po drugie pociągi nie rozwiną tam wielkich prędkości bo nie ma takich możliwości jak w Polsce np magistrala węglowa która zawyża wszystko, a po trzecie w tych krajach nie są potrzebne wysokie prędkości ze względu na odległości, pociągi jeżdżą tam szybko i na czas, często i docierają do najdalszych zakamarków kraju.
~prawda
propaganda sukcesu przed wyborami trwa...

tymczasem podroz z krakowa do katowic trwa 5 h ( PIEC GODZIN ). Rowerem ten odcinek pokonamy w 4h

Polska pod rzadami Platoformy 2015
~turystka
Z Krakowa do Zakopanego też się jedzie lata świetlne i niby mamy XXI wiek!!! nie wspomnę już o podróży samochodem.
~bolko
Chyba przez Częstochowę. Jest wolno ale nie przesadzaj. TLK jeżdżą poniżej 2h. Kraków - Wrocław to 3h (akurat przez Częstochowę :)).
~ddd
tak, tak, szczególnie przyspieszyły w ostatnich latach pensje zarządu i prezesa ... pamiętacie pani bodajże się nazywa wach ... jeśli mnie pamięć nie myli to 50 tys. zł miesięcznie + 500 tys. zł odprawy za to, że sama odeszła ... ha ha ha ... no ale przyspieszenie jest to fakt ...
~ANTY_ryży_kutong
(wiadomość usunięta przez moderatora)
~miro
na trasie częstochowa wrocław ryży przekręt za 250 mln zł zwany pendolino ma kilka min przewagi nad intercity pomimo mniejszej ilosci stacji posrednich wiec gdzie jest to wielkie przyspieszenie kolei?
~WdB
Autobusy do Katowic z Krakowa odjeżdżają co 15 minut, gdyż na tej linii działa dwóch przewodników. Taka drobna nieścisłość w tekście :)

Powiązane: Pendolino na polskich torach

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki