Szpila,120-metrowa iglica, wyznacza centrum Dublina. Na placyku przed nią niemal na pewno usłyszmy polskie głosy. W końcu jest to miejsce, gdzie łatwo trafić, nawet jak się dobrze nie zna miasta.
Z Tomaszem Łotockim, szefem Gazety.ie - polskiego portalu w Irlandii - rozmawiam w kafejce z widokiem na Szpilę. Na Zieloną Wyspę przyjechał rok temu; z Grecji. Pracował tam przez kilka lat. Ale wcześniej mieszkał we Wrocławiu.
- To był impuls. Przyjechaliśmy z żoną do Dublina, żeby się tu rozejrzeć. Zostaliśmy - opowiada Łotocki.
Oboje dobrze mówią po angielsku. Dziś ona pracuje w biurze podróży. On jest tłumaczem w firmie, która szkoli Polaków. Na przykład pomaga im zdobyć irlandzkie uprawnienia na obsługę wózków widłowych czy sprzętu budowlanego. Robotnicy - bardzo często dobrze posługujący się tylko językiem polskim - potrzebowali pomocy nie tylko w nauce obsługi irlandzkiej koparki. Pytali także o to, jak szukać pracy czy mieszkania. Co zrobić, by rozliczyć się z irlandzkim fiskusem albo gdzie kupić i ubezpieczyć samochód. Łotocki odpowiadał na setki takich pytań. W końcu to, co mówił, wrzucił do internetu - i tak powstała Gazeta.ie.
Fachowcy znad Wisły i Odry
Dziś na strony portalu zagląda nawet 3 tys. osób dziennie, ale trudno się dziwić. Polaków w Dublinie jest dziś podobno aż 80 tys., a w całej Irlandii - nawet 120 tys.
Polscy fachowcy - zwłaszcza robotnicy budowlani, instalatorzy, malarze czy hydraulicy - cieszą się świetną opinią. Umieją dużo więcej od miejscowych, chętnie biorą nadgodziny, są punktualni i - co najważniejsze - tańsi. Nic więc dziwnego, że naszych rodaków zatrudnia nawet firma, która remontuje O'Connell Street, główną ulicę Dublina. To na niej stoi Szpila.
Budowlańcy, którzy pracują na Zielonej Wyspie, zarabiają według irlandzkich stawek. Ale tych minimalnych, są więc tańsi od miejscowych. Niemniej jednak pieniądze - ok. 2000 euro miesięcznie - są i tak dużo większe niż w Polsce. Wszyscy są zatem zadowoleni.
Tak jak Jerzy Szewczek i jego kolega Piotrek, specjaliści od wykańczania wnętrz. Jeszcze niecały rok temu we Wrocławiu, teraz w hrabstwie Wicklow na południe od Dublina. Mieszkają i pracują w posiadłości irlandzkiego potentata na rynku nieruchomości, który działa także w Polsce. Remontują dla niego zabytkowy domek myśliwski. Szewczek miał we Wrocławiu firmę, która zajmowała się właśnie wykończeniówką. Już wtedy współpracował z jednym z przedsiębiorstw swojego irlandzkiego pracodawcy.
- Zaproponował nam wyjazd na kontrakt. Zdecydowaliśmy się z Piotrkiem i pojechaliśmy - opowiada Szewczek.
Początkowo wyjazd miał trwać tylko pół roku, ale pojawiły się nowe zlecenia.
- Nasz pracodawca powiedział nam, że możemy tu zostać tak długo jak chcemy - dodaje były wrocławski przedsiębiorca.
Razem z kolegą zarabiają po 1700 euro. Nie jest to dużo, jak tutejsze warunki.
- Ale szef pokrywa nam wszystkie wydatki mieszkanie, jedzenie, telefony, samochód i paliwo - wylicza Piotrek.
Jerzy Szewczek myśli o tym, by otworzyć tutaj firmę - podobną do tej, którą miał w Polsce.
Na razie obaj szlifują język, którego tak naprawdę zaczęli się uczyć dopiero po przyjeździe do Irlandii. I mówią po angielsku już dosyć swobodnie.
Liczy się też fart
Wszyscy Polacy, którzy pracują lub pracowali na Zielonej Wyspie, podkreślają, że do tego, by odnieść tu sukces, potrzebne są trzy rzeczy. Po pierwsze: znajomość angielskiego (oczywiście jak najlepsza). Po drugie: fach w ręku. I po trzecie: odpowiednie nastawienie, czyli cierpliwość, odporność na porażki i gotowość do ciężkiej pracy.
Maciek Małecki, student wrocławskiej Akademii Ekonomicznej, mówi o jeszcze jednej ważnej sprawie: szczęściu.
- Ja za pierwszym razem w Irlandii miałem strasznego farta - opowiada.
Był czerwiec, dwa lata temu. Maciek przyleciał do Dublina z koleżanką i kolegą. To były już kolejne wakacje, które zamierzał spędzić zarabiając za granicą. Wcześniej pracował w Londynie i Stanach Zjednoczonych.
W Dublinie wylądowali w trójkę, bez załatwionego noclegu, pracy, a w kieszeni mieli tylko po kilkaset euro. Dzwoniąc na numery wzięte z ogłoszeń w gazecie - nie znaleźli nic, na co byłoby ich stać. Wsiedli więc do autobusu i pojechali do centrum. W agencji nieruchomości usłyszeli, że na pewno coś znajdą w Temple Bar.
- Myśleliśmy wtedy, że to jakiś pub. A to słynna dublińska dzielnica barów i restauracji - opowiada Maciek.
Szli w jej stronę, gdy zobaczyli pub z witryną „The Temple”.
- Okazało się, że właściciel tego lokalu ma akurat mieszkanie do wynajęcia. Nawet się zdziwił, że jeszcze nie zdążył dać ogłoszenia, a już zgłosili się chętni - śmieje się wrocławski student.
Szczęście nie opuściło Maćka także następnego dnia, gdy szukał pracy.
Zwiedził wtedy kilkanaście restauracji i hoteli, szukając zatrudnienia jako kelner, barman albo recepcjonista. Wszędzie zostawiał CV, przetłumaczone na angielski.
- Ważne, żeby wręczać je managerowi, a nie szeregowym pracownikom - radzi. - Mogą zapomnieć przekazać albo od razu wyrzucić do kosza, żeby wyeliminować konkurencję.
Już pierwszego dnia spodobał się managerowi dobrej restauracji w centrum Dublina. Dwa dni później już tam pracował. Pomogło doświadczenie zdobyte we wcześniejsze wakacje, dobry angielski i przebojowość. Ale równie dobrze mogło się skończyć na szukaniu pracy przez ponad miesiąc.
- Na taki scenariusz również trzeba być przygotowanym - podkreśla Małecki.
Sprawdził się w dublińskiej restauracji, choć na początku było ciężko. Nazwy wielu potraw były bardzo skomplikowane, a irlandzki akcent jest specyficzny. W następne wakacje znów pracował w tym samym lokalu. Do zarobionych pieniędzy dołożył oszczędności i dziś po Wrocławiu jeździ niezłym samochodem.
Wstyd za rodaków
Sukces jednych przyciąga na Zielonę Wyspę innych. Czasem kompletnie do tego nieprzygotowanych. Lądują w Dublinie, choć nikt tu na nich nie czeka. Nie potrafią powiedzieć zdania po angielsku, a w kieszeni mają nie więcej niż 100 euro. Przyciągnął ich mit celtyckiego tygrysa. - kraju, w którym wystarczy się tylko schylić, by znaleźć pieniądze na ulicy.
- Takie zachowanie to głupota - denerwuje się Tomasz Łotocki.
Jak mówi, trzeba mieć przynajmniej 1000-1500 euro na osobę i nastawić się na to, że przez miesiąc naprawdę trudno będzie coś znaleźć. Zwłaszcza jak nie ma się konkretnego fachu i szuka się na przykład pracy w gastronomii.
- Pamiętajmy, że tu jest bardzo duża konkurencja. Ludzie w poszukiwaniu pracy ściągają tu z całego świata - podkreśla szef portalu Gazeta.ie.
Nie ma więc co dyskutować - chcesz się przebić, musisz znać język. A są tacy, którzy po angielsku mówią słabo. Przez to pracują mało albo wcale. Zaczyna się depresja i tęsknota za krajem, w którym jednak też brak perspektyw. Niektórzy więc wybierają wyjście ostateczne - samobójstwo. W zeszłym roku w Irlandii zabiło się 8 Polaków..
- Ale w Polsce liczba samobójstw na tysiąc mieszkańców jest wyższa niż tutaj - podkreśla Mariusz Garski, współwłaściciel „Polskiej Gazety”, tygodnika wychodzącego w Dublinie.
Polacy to dziś największa mniejszość w Irlandii.
- W takiej masie ludzi są więc także ci, którzy sobie nie radzą - dodaje Garski.
Według niego wielu jest też takich, którzy oszczędzają na wszystkim, żeby przywieźć do Polski jak najwięcej pieniędzy.
- Ale nie mają też oporów, by w sobotę, w pubie, przepić kilkaset euro - zaznacza wydawca „Polskiej Gazety”.
Ci, którzy słabo mówią po angielsku, spędzają niemal cały czas w towarzystwie tych samych osób i stają się coraz bardziej konfliktowi. Może się to kończyć i tak, jak w październiku 2005 - po porażce piłkarzy z Polski w meczu z Anglią. Kilkudziesięciu naszych rodaków pobiło się z policją tuż pod Szpilą. Psuedokibice próbowali również przewrócić miejski autobus. „Wielki wstyd” - głosił tytuł na pierwszej stronie „Polskiej Gazety”.
Na razie jednak takie incydenty nie położyły się cieniem na obrazie Polaków w ojczyźnie U2 i piwa Guinness. Pracowników z naszego kraju tutaj się docenia.
Jest praca i płaca, nie ma stresu
Jerzy Szewczek chce tu zapuścić korzenie. Ściągnąć rodzinę, posłać syna do szkoły i na studia.
- Zawsze chciałem wyjechać z Polski. Tutaj mogę robić to samo, co we Wrocławiu. A stres jest o wiele mniejszy - tłumaczy.
Inni przybysze znad Wisły i Odry też o mówią o irlandzkim luzie. Tutaj nikt nie próbuje oszukać kontrahenta. Płaci się w terminie. Spokój może zachować nawet wydawca prasy - choć media to przecież jeden z bardziej nerwowych biznesów.
- Naprawdę nie muszę się tu stresować. Nie wracam do Polski - deklaruje Mariusz Garski, współwłaściciel „Polskiej Gazety”.
Tygodnik ukazuje się od maja. Dziś pracuje w nim 8 osób. Jego wydawca przyjechał do Irlandii dwa lata temu. I zaczynał od pracy fizycznej.
- Dla całej redakcji ten tytuł to coś więcej niż zwykła gazeta - zapewnia.
To nie jedyna polska gazeta w Dublinie. Przez jakiś czas wychodził inny tygodnik - „Strefa Eire”. Ukazuje się również miesięcznik „Szpila”. Znajdują czytelników, bo Polaków przybywa.
Tomasz Łotocki patrzy jednak na to wszystko nieco inaczej. Jak mówi, większość Polaków chce tu zostać, bo akurat mają pracę. Jeśli jednak irlandzka gospodarka wpadnie w kłopoty, zaczną myśleć o powrocie.
- Ja nie czuję się emigrantem. Mieszkam w Dublinie, bo tutaj jest lepiej niż w kraju, ale często jeżdżę do Polski, nawet pięć razy w roku - podkreśla Łotocki.
Jednak dzieci - gdy się pojawią - będzie chciał wysłać do tutejszych szkół.
- Język, język i jeszcze raz język - tłumaczy.
Trudno się mu dziwić. Dobry angielski sprawia, że człowiek może zaaklimatyzować się praktycznie w każdym zakątku zachodniego świata. Zwłaszcza jeśli jest rzutki i zaradny. I właśnie tacy ludzie najmniej chętnie będą wracać do ojczyzny. Tym bardziej, jeśli warunki do prowadzenia biznesu w Polsce nie będą się poprawiać.
Tymczasem w Irlandii już dziś mówi się, że rozpędzona gospodarka potrzebuje kolejnych 100 tys. pracowników z zagranicy.
Dawid Kocik
***
Zanim kupisz bilet
- Zanim postanowisz rzucić wszystko w :Polsce i lecieć do Irlandii - zastanów się dobrze, czy jesteś gotów do życia na emigracji. Nawet jeśli planujesz wyjazd tylko na kilka miesięcy. Pomyśl także, w jakiej branży możesz liczyć na zatrudnienie.
- Jak już będziesz to wiedział, poćwicz słówka z tej dziedziny. Bez znajomości angielskiego - nawet jeśli np. świetnie kładziesz glazurę - raczej nie masz tam czego szukać. A na pewno skazujesz się wtedy na pomoc innych, którzy znają język. Spróbuj także poszukać kogoś, kto pomoże ci się odnaleźć na miejscu.
- Nie leć bez pieniędzy. Noc w hostelu to 13 euro, pokój w mieszkaniu - jakieś 300 euro za miesiąc. A szukanie pracy może potrwać długo. Nawet półtora miesiąca. Nie warto jednak się zrażać pierwszą porażką - trzeba być wytrwałym.
- Nieodłączny atrybut, to CV po angielsku. Najlepiej zostawiać je u managerów, a ich zapewnienia, że zadzwonią, traktować z rezerwą. Zdarza się, że w ten sposób tylko okazują uprzejmość, a tuż po waszym wyjściu dokument ląduje w koszu.
- Szukając pracy przed wyjazdem, w Polsce - uważaj na nieuczciwych pośredników. Im firma większa i bardziej znana, tym bezpieczniej. Agencji pracy czasowej (takich jak wrocławskie Work Service) nie brakuje również w Irlandii. Praca dla nich nie jest zła na początek, ale zazwyczaj więcej zarobisz zatrudniając się bezpośrednio w jakieś firmie.
- Jednak przede wszystkim nigdy nie decyduj się w Irlandii na pracę na czarno. Od 1 maja 2004 r. Polacy mogą się tam zatrudniać legalnie, korzystać z ubezpieczenia zdrowotnego. Ich zarobki nie mogą być niższe niż tamtejsza płaca minimalna.
- Zajrzyj również na strony internetowe: www.gazeta.ie oraz www.polskidublin.com . Tam znajdziesz jeszcze więcej przydatnych porad.





























































