S&P500 przebił się ponad 2.500 punktów. Już 40. w tym roku rekord ustanowiła średnia przemysłowa Dow Jonesa. Za to złoto potaniało o 1%, pogłębiając korektę. Na pozór trudno o bardziej jednoznaczny sygnał rynkowego optymizmu.


Nagłówki po poniedziałkowej sesji brzmiały podobnie. Roiło się tam od „historycznych rekordów” i tym podobnych. No bo faktycznie S&P500 drugą sesję z rzędu zakończył powyżej jeszcze nie tak dawno trudno wyobrażalnego poziomu 2.500 punktów (rok temu zmagał się z barierą 2.200 pkt., a trzy lata temu z 2.000 pkt.).
Nowe maksima wykręciły także średnia przemysłowa Dow Jonesa (22.355 pkt. - czwarty rekord z rzędu i już 40. w tym roku!) oraz Nasdaq Composite (6.477,77 pkt.). Niby wszystko pięknie, ale chyba wszyscy widzą, że coś jest nie tak. Po pierwsze, skala poniedziałkowej zwyżki była niewielka. Po drugie, za sprawą słabości technologicznych potentatów (słynnych FANG) Nasdaq ledwo zdołał zakończyć dzień nad kreską.
Doszukiwanie się przyczyn poniedziałkowej zwyżki jest sprawą albo niezwykle skomplikowaną, albo banalnie prostą. Jeśli odrzucimy najgłupsze wytłumaczenia, pozostaje chyba tylko jedno: kalendarz. We wtorek rozpoczyna się dwudniowe posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. A że przez ostatnie lata giełdy z reguły rosły w przeddzień i w dzień ogłaszania komunikatów FOMC, to inwestorzy „nauczyli się”, że w te dni po prostu warto mieć akcje.

Dopełnieniem opowiadania o świetnych humorach inwestorów i narracji o „postępującym ożywieniu” gospodarczym na świecie były zniżkujące o 1% notowania złota. Kurs żółtego metalu zatrzymał się dopiero w rejonie 1.307 USD za uncję, a więc już o 55 USD/oz (4,2%) poniżej szczytu z przed poprzedniego piątku.
Krzysztof Kolany
































































