Europejscy politycy postrzegają unię bankową jako nadzieję na zakończenie kryzysu. Rządzący nie dostrzegają jednak, że projekt jest powieleniem starych błędów.

Źródło: ingimage
Unia bankowa wciąż jest projektem mglistym, wymagającym większego sprecyzowania, aby rzetelnie ocenić potencjalny wpływ pomysłu europejskich polityków. Nie ma jednak wątpliwości, że unia bankowa ma się opierać na dwóch fundamentach. Pierwszym będzie gwarantowanie depozytów na poziomie ponadnarodowym, a drugim zacieśnienie nadzoru na krajowymi systemami bankowymi przez europejski nadzór.
Po co nadzór, skoro jest Bazylea?
W jakim celu zatem tworzy się kolejne instytucje, skoro krajowe nadzory muszą już egzekwować wspólne regulacje?
Przekonanie, że europejski nadzór będzie skuteczniejszy niż krajowe nadzory, jest naiwne. Już kontrolowanie sektora bankowego na poziomie krajowym jest trudne, natomiast realizacja takiego zadania na poziomie europejskim jest pobożnym życzeniem. Dzisiaj warto się zastanowić, dlaczego obecne regulacje są nieskuteczne, a nie zmieniać urząd dbający o ich przestrzeganie.
Komitet Bazylejski po wybuchu kryzysu przystąpił do pracy nad trzecią wersją reguł bazylejskich, mimo że druga odsłona regulacji nie weszła jeszcze w pełni w życie. Tym samym przyznał, że jakość regulacji pozostawiała wiele do życzenia. Na pytanie, czy odświeżone regulacje zabezpieczą banki przed kolejnym kryzysem, każdy może odpowiedzieć sobie samemu.
| »Rostowski: unia bankowa to dobry pomysł |

Depozyty są przecież gwarantowane
Podobnie wygląda sprawa w kwestii gwarantowania depozytów, gdyż każdy kraj wypracował własny model w tej sferze. Takie przepisy instytucjonalizują pokusę nadużycia w systemie bankowym. Jednak banki mają świadomość, że krajowe zasoby nigdy nie zabezpieczą wszystkich depozytów w razie zapaści systemu.
I właśnie dlatego polityka kredytowa jest teraz bardziej zachowawcza niż w sytuacji, gdyby greckie lub hiszpańskie banki miałyby świadomość, że w razie problemów mają gwarancję zabezpieczenia roszczeń deponentów ze środków gromadzonych przez niemieckie banki. Banki z krajów balansujących obecnie na krawędzi bankructwa rozdawały tanie kredyty mimo braku takiego zabezpieczenia, prowadząc do wywołania baniek inwestycyjnych na rynkach nieruchomości i obligacji. Skala problemu byłaby jeszcze większa, gdyby udzielić tym bankom dodatkowych zabezpieczeń.
Powielanie starych błędów
Zabezpieczenie banków przez problemami na poziomie europejskim, podobnie jak projekt unii fiskalnej i wspólnych obligacji, jest środkiem do obniżenia kosztów obsługi długu publicznego. Silne systemy bankowe odzyskałyby zdolność do taniego finansowania długu publicznego, co jest dzisiaj najważniejszym celem europejskich polityków.
Tym samym projekt unii bankowej jest powieleniem starych błędów, sięgających początku strefy euro. Po powstaniu wspólnej waluty, ze względu na obowiązujące regulacje, spadek oczekiwań inflacyjnych oraz wysokie ratingi poszczególnych krajów unii monetarnej, koszty obsługi długu publicznego powędrowały w dół do poziomu niemieckiego.
Tym sposobem Grecja oraz pozostałe kraje Południa, korzystając z wiarygodności Niemiec oraz krajów Północy, korzystały z taniego kredytu na finansowanie importu i długu publicznego. Koszty życia na kredyt ponosiły w formie inflacji kraje prowadzące konserwatywną politykę fiskalną. Sytuacja tworzyła fikcję dobrobytu, która prysnęła jak bańka mydlana, jednak ze zdecydowanie większym hukiem.
Niemcy znowu zapłacą
Projekt unii bankowej, obok propozycji wspólnych obligacji, jest próbą obciążenia oszczędnych i pracowitych społeczeństw kosztami braku rozsądku krajów żyjących na kredyt. Taki stan rzeczy obserwowaliśmy na początku funkcjonowania jednego pieniądza, co sprowadziło na Europę bolesny kryzys.
Wysokie koszty obsługi długu dla biednych krajów, podobnie jak wysokie odsetki dla niezasobnych gospodarstw domowych, to normalna sytuacja wynikająca nie ze złej woli, lecz ryzyka niewywiązania się ze zobowiązania. Jest to sposób dyskryminowania rządów i ludzi, których nie stać na podjęcie ciężaru zobowiązania. Zamiast podejmować kolejną próbę maskowania rzeczywistości, politycy powinni zaakceptować fakt, że bogactwo bierze się z ciężkiej pracy i wyrzeczeń, a nie z kreowania kredytu.
Piotr Lonczak
Bankier.pl
p.lonczak@bankier.pl



























































