Po raz pierwszy od marca średnia przemysłowa Dow Jonesa poprawiła swe historyczne maksimum. Nowy rekord hossy wyznaczył także indeks S&P500. I tylko Nasdaq nie ustanowił nowego szczytu wszech czasów.


Dow Jones zyskał w poniedziałek tylko 0,14%, ale to wystarczyło, aby wymęczyć nowy historyczny w ujęciu nominalnym rekord – niemal 18.299 punktów. To raptem o 0,06% powyżej poprzedniego rekordu wyznaczonego 2 marca.
Indeks S&P500 po wzroście o 0,3% po raz trzeci z rzędu ustanowił rekordowy kurs zamknięcia, ale tym razem pobił także śródsesyjne maksimum z 27 kwietnia (2.125,92 pkt.) i to „aż” o całe 0,15%. Z wielkiej trójki tylko Nasdaq musiał się zadowolić wynikiem niższym niż historyczny rekord.
Tymczasem na rynek nie napłynęły żadne istotne informacje, które mogłyby skłonić do zakupu coraz droższych akcji. Co prawda, nie pojawiły się też żadne złe wieści, które zepsułyby nastroje na Wall Street.

Warto jednak odnotować, że za gros poniedziałkowych wzrostów odpowiadały akcje Apple Inc., które zyskały 1,15%. Producent elektronicznych gadżetów jest największą spółką giełdową świata pod względem kapitalizacji i z tego powodu ma sporą wagę w amerykańskich indeksach.
Ale najciekawsze jest to, co spowodowało zwyżkę notowań Apple'a. Według komentatorów była to wypowiedź znanego inwestora (i posiadacza sporego pakietu akcji Apple) Carla Icahna. Icahn stwierdził, że najcenniejsza spółka świata jest obecnie... „dramatycznie niedowartościowana” i powinna być notowana po 240 USD za walor (obecnie kosztuje 130 USD). Przy cenie rzędu 240 USD Apple byłby warte ponad dwa razy więcej niż wszystkie spółki notowane na giełdzie włoskiej lub szwedzkiej.
Krzysztof Kolany































































