Do kryzysu każdy może przystosować się po swojemu
Znane aktorki, modelki, piosenkarki w butikach i perfumeriach zostawiają fortuny. Według reguł rządzących ludzkim zachowaniem do poprawy warunków finansowych czy bytowych przystosować się jest łatwo, trudniej wrócić do dawnego - czy po prostu niższego - poziomu. Dlatego właśnie filozofią wielu kobiet stało się niwelowanie skutków kryzysu kolejnymi zakupami, jako że wydany pieniądz napędzał gospodarkę. Dzięki temu bez skrupułów można oddawać się wciąż tym samym przyjemnościom – wizytom u znanych projektantów, "inwestowaniem w wizerunek".
To między innymi Paris Hilton czy Shakira zabłysnęły w mediach jako miłośniczki zakupów, a tym samym osoby udzielające wsparcia gospodarce.
Niestety kobiety dysponujące przeciętnym budżetem domowym, mimo szczerych chęci, nie mogą przyłączyć się do wyżej wymienionych. Chęć posiadania nowych ubrań czy butów nie słabnie, a w tym właśnie można upatrywać przyczyn nowych trendów na rynku. Nie kupować, lecz wymieniać, na topie są nie markowe ciuchy, lecz "zmodernizowane" starocie z babcinej szafy, coraz więcej jest szafiarek i swapowiczek. Jak można na tym zarobić?
Impreza z szafą w roli głównej
Koszmar młodszej siostry zmuszanej do "donaszania" sukienek po starszej powraca, lecz w innej, łagodniejszej postaci. Swap party to impreza polegająca na wymianie ubrań pomiędzy uczestnikami spotkania. Na wymianę można przynieść ze sobą zarówno nieudane zakupy, jak i używane, noszone ubrania, o ile wciąż są w przyzwoitym stanie. Proces pozbywania się starych ubrań i nabywania nowych odbywa się bez puszczania w obieg pieniędzy. Innymi słowy – powrót do epoki handlu wymiennego. Cała operacja jest bardzo przyjemna dla portfela – ubrania od dawna zalegające w szafie po prostu z niej wychodzą na rzecz "nowych" – już nie "używanych" czy "z second-handu", lecz "vintage" – to najnowsze, pozostające w zgodzie z trendami nazewnictwa określenie "ubrań, które już ktoś nosił".
Hit czy kit?
O ile cała otoczka swap party, zastępowanie polskich określeń angielskimi, czy powoływanie się na zagraniczne trendy są kwestiami, które mogą wzbudzać uśmiech, to jednak możliwość zaspokojenia potrzeby zmiany wizerunku bez wyciągania portfela z kieszeni zasługuje na uznanie. Nie będzie to jednak uznanie kierowane w stronę naszych sąsiadów, rzekomych prekursorów trendu – po prostu zwyczaje kultywowane przez wiele kobiet w Polsce, które od lat pożyczają od siebie a to sukienkę na wesele, a to buty na wyjazd, znalazły sobie więcej entuzjastek. Przyczyniły się do tego również szafiarki – dziewczęta, kobiety, które prowadzą blogi i publikują na nich zdjęcia ze swoimi najnowszymi kreacjami. Jako że szafiarce "nie wypada ubrać się od stóp do głów w markowe ciuchy, bo tak potrafi każdy", nierzadko mają na sobie unikalne sukienki, koszule czy inne części garderoby, które dużo łatwiej zdobyć, przeglądając cudzą szafę niż sklepowe półki. Nastała moda na ciuchy "vintage".
Skoro handel wymienny, pieniądz nie wchodzi do obiegu - to na czym tu zarabiać?
Wbrew pozorom możliwości zrobienia dobrego biznesu jest kilka – pierwszy: organizowanie swap party. Mimo że wiele kobiet z entuzjazmem podchodzi do tego rodzaju imprez, nie dochodzą one do skutku. Często brakuje kogoś, kto wynajmie salę, określi dzień, godzinę, zajmie się zapleczem technicznym, reklamą – jeśli trend wymieniania ubrań utrzyma się jeszcze trochę – być może takimi sprawami zaczną zajmować się profesjonaliści, czy może – profesjonalistki.
Choć wiele kobiet chciałoby mieć oryginalne i nietuzinkowe kreacje, nie każda potrafi samodzielnie uszyć coś czy przerobić, tak, aby ubranie na tym zyskało. Tak samo nie każda z kobiet potrafi wśród tak wielu ofert znaleźć prawdziwą perełkę – coś niedrogiego, być może używanego, ale z klasą i na topie. Z myślą o tej grupie potencjalnych klientek powstają sklepy internetowe, tagowane jako "vintage", a także punkty oferujące oryginalne przeróbki krawieckie.
Redystrybucja odzieży rozpoczęła się na dobre
Jeszcze parę lat temu, mimo poparcia udzielanego przez znane aktorki czy piosenkarki, "lumpeksy", "szmateksy", czyli sklepy z używanymi ubraniami, nie cieszyły się specjalnym uznaniem. O ile trudno czasem przekonać się do grzebania w stosach ubrań w poszukiwaniu odpowiedniego fasonu, rozmiaru, o tyle znacznie łatwiej przeglądać internetowe katalogi z tymi samymi ciuchami. Mechanizm jest mniej więcej taki: używany ciuch można albo wyciągnąć z własnej szafy, albo wyszperać w tanim, stacjonarnym "sklepie vintage", zrobić kilka zdjęć, wystawić na sprzedać w eleganckiej, przejrzystej i nowoczesnej oprawie sklepu internetowego. Wystawione ubrania różnią się od tych, które możemy znaleźć w popularnych sieciówkach, są niedrogie, a zakupy w sieci są wygodne – dzięki temu znalezienie ciekawej kreacji nie wymaga większego wysiłku.
Co z konkurencją?
Ceny ubrań i obuwia mają spadać. Najpierw kryzys zrobił swoje – potem do akcji wkroczyła moda na oszczędności w szafie. Można było przypisać jej nie tylko walory ekonomiczne, ale też ekologiczne i ogólnie ideologiczne – rezygnacja z konsumpcjonizmu, (choć przymyka się oko na to, że i tu w grę wchodzą pieniądze i kupowanie), ochrona środowiska naturalnego – redystrybucja dóbr oddala moment, w którym znajdą się na śmietniku (choć w kwestii tego, że kobiece szafy się nie domykają, a przynajmniej połowa rzeczy w środku jest zbędna, nic się nie zmienia).
Czas pokaże, jak potoczą się losy redystrybucji odzieży i przedsięwzięć z tym związanych. Jedno jest pewne – większość kobiet zawsze będzie odczuwać potrzebę odświeżenia swojej garderoby, czy to na zakupach w galeriach handlowych, czy w sklepach "vintage".
Katarzyna Jeznach
Bankier.pl
Moda od zawsze była nieprzyjemnym zjawiskiem dla ekonomisty. Dla niektórych była wręcz wrogiem numer jeden, przeczącym teoriom o jakoby wrodzonej racjonalności konsumenta. Dziś wiemy już, że konsument (lub konsumentka) ma swoje prawa, do których zaliczamy także niepoważne kaprysy – stąd często można usłyszeć o autonomii konsumenta („o gustach się nie dyskutuje”). Na początek należałoby się też rozprawić z innym pokutującym do dziś mitem, jakoby to konsumpcja była jedyną siłą „napędzającą gospodarkę”. Otóż jest to pogląd wybitnie jednostronny - nie ma bowiem długoterminowego wzrostu gospodarczego bez inwestycji. A tych nie ma bez oszczędności i sprawnego systemu finansowego.
I tu dochodzimy do interesujących obserwacji. Wyszukiwarka Google w odzewie na hasło „vintage” zwraca 128 milionów wyników, co świadczy o sporej popularności nowej mody. Mody, która nie promuje prostej konsumpcji, lecz każe szukać oszczędności, pozwalających na dodatkowe inwestycje lub ograniczenie zadłużenia. To w pewnej mierze efekt trwającego kryzysu finansowego, który nieco zmienił priorytety sporej części ludności Ziemi (zwłaszcza w USA i Europie Zachodniej). Zamiast nadmiernej konsumpcji finansowanej dożywotnim kredytem coraz częściej będziemy słyszeć o nowych sposobach na oszczędzanie niż na wydawanie pieniędzy. Przynajmniej powoli przestaje nam zagrażać problem głównego bohatera filmu „Fight Club”, którego alter ego tak mówi o sobie (o nas?):
"Jesteśmy niewolnikami w białych koszulach. Reklamy zmuszają nas do pogoni za samochodami i ciuchami. Wykonujemy prace, których nienawidzimy, aby kupić niepotrzebny nam chłam”.






























































