Dla wielu polskich firm inwestowanie w opcje walutowe, które miały chronić przed ryzykiem, stało się źródłem potężnych kłopotów. W piątek Elwo, spółka zależna od Rafako, ujawniła, że jej zobowiązania z tytułu opcji i transakcji forward mogą sięgać 150 mln euro. W czwartek Ropczyce przyznały, że bank Millennium zażądał natychmiastowej spłaty 19,5 mln zł. Wcześniej o podobnych kłopotach donosiły m.in. Erbud czy Ciech. Przedsiębiorcy czują się oszukani i chcą występować na drogę prawną, zarzucając bankom, że wykorzystały ich niewiedzę.
Wicepremier Waldemar Pawlak zapowiedział w piątek w Radiu Tok FM, że kwestią „toksycznych instrumentów finansowych” zajmie się wkrótce rząd. Przygląda się im również Komisja Nadzoru Finansowego. – Dla nas istotne jest, w jaki sposób banki zabezpieczały się, nabywając wystawione przez firmy opcje, oraz czy oferując pochodne, postępowały zgodnie z przepisami – powiedział nam Andrzej Stopczyński, szef pionu bankowego KNF.
– Skali tego zjawiska nie da się ocenić – twierdzą zgodnie Krzysztof Rybiński z Ernst & Young, były wiceprezes NBP, a także Piotr Kuczyński, główny analityk firmy Xelion Doradcy Fianansowi. – Można mieć podejrzenia, że ofiar walutowej spekulacji jest sporo – twierdzi Roland Paszkiewicz, dyrektor ds. analiz w CDM Pekao. – Niemal każda firma mogła to robić. Do tej pory do strat przyznawali się przedstawiciele produkcji, handlu i usług – dodaje Paszkiewicz. Jego zdaniem najgorsze w całej sytuacji jest to, że firmy publiczne nie mają obowiązku raportowania o zakupie takich instrumentów. Spółki nie podają szczegółów nawet w momencie zamykania transakcji ze stratą. – Należałoby bezzwłocznie wprowadzić obowiązek informowania, szczególnie gdy ewentualne straty mogą doprowadzić do bankructwa – dodaje Paszkiewicz.
Skąd w ogóle te straty? Firmy powinny wykorzystywać opcje walutowe, aby zapewnić sobie opłacalność eksportu, tzn. zabezpieczyć się przed wahaniami kursów walut umową z bankiem, że ten odkupi np. euro po określonej cenie. Przy małych wahaniach notowań i niewielkich kwotach koszty operacji są niewielkie. Gorzej, gdy firma próbuje wzbogacić się, inwestując w opcje kwoty większe, niż wynikałoby to z jej potrzeb, a do tego nagle zmieniają się warunki rynkowe. Tak było np. w przypadku Erbudu, który zachęcony łatwym zarobkiem – od maja do sierpnia na opcjach zyskał 1,4 mln zł – zdecydował się grać na dalsze osłabienie euro. Odwrócenie się trendu spowodowało, że firma nagle znalazła się 43 mln zł na minusie.
– Trudno zrozumieć argumenty firm, które udają, że nie rozumiały tego mechanizmu – mówi Kuczyński. Przez długi czas udawało się w ten sposób zarabiać. Sukcesy zachęcały do coraz śmielszych kroków.
– Ślepa wiara w dalsze umacnianie się złotego gubi teraz spółki, które zaangażowały się w tę spekulację na większą skalę – dodaje Kuczyński.
Banki w sprawie opcji nabrały wody w usta. – Nie możemy dziś o tym rozmawiać – usłyszeliśmy m.in. w Millennium, BRE i Banku Handlowym. Pekao zapewnia, że wystawiało wyłącznie opcje na zabezpieczenie udokumentowanych kontraktów. W jednym tylko banku poinformowano nas, że skala zjawiska nie jest duża i na 11 tys. obsługiwanych firm spore straty na opcjach walutowych ma tylko kilkadziesiąt.
Halina Kochalska
Błażej Dowgielski
Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat





























































