Ponad 6% traciła pod koniec czwartkowej sesji giełda w Tokio. Główny indeks w Szanghaju zniżkował o przeszło 3%. Pod kreską zakończył się też handel w Nowym Jorku, gdzie Dow Jones i S&P500 straciły po 0,8%.
Korekta na Wall Street trwa od 22. maja, gdy Ben Bernanke dostarczył pretekstu do realizacji zysków wspominając o możliwości ograniczenia programu skupu aktywów (QE3), gdyby sytuacja na rynku pracy uległa „znaczącej poprawie”. Choć do takiego stanu jest jeszcze daleko, to amerykańscy inwestorzy od trzech tygodni realizują zyski. W tym czasie indeks S&P500 obniżył się o ponad 4% po tym, jak pod koniec maja zakończył serię bicia historycznych rekordów.
Znacznie większą dynamikę nabrały spadki w Japonii, gdzie Nikkei225 od majowego szczytu spadł już o ponad 20%, wymazując wzrosty z poprzednich dwóch miesięcy. Tyle że od połowy listopada do maja japońskie akcje dały zarobić aż 85%, więc gwałtowna korekta nie powinna być zaskoczeniem.
Pretekstu do najnowszej fali wyprzedaży akcji na rynkach azjatyckich dostarczył Bank Światowy, który obniżył tegoroczną prognozę wzrostu globalnej gospodarki z 2,4% do 2,2%. Realizacja tego scenariusza oznaczałaby, że światowy PKB rósłby wolniej niż w zeszłym roku, gdy zwiększył się o 2,3%. Zdaniem ekonomistów Banku Światowego ożywienie pozostaje niepewne ze względu na słabszy wzrost w dużych krajach rozwijających się.

Szczególnie mocno zrewidowane zostały prognozy dla Chin. Bank Światowy szacuje, że PKB Państwa Środka wzrośnie w tym roku tylko o 7,7% (w poprzedniej prognozie o 8,4%). Prognoza dynamiki PKB Indii została obniżona z 6,1% do 5,7%, a Brazylii z 3,4% do 2,9%.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl






























































