Od kilku tygodni rentowności obligacji na świecie spadają na łeb, na szyję. To może być sygnał, że inwestorzy coraz mocniej powątpiewają w siłę ożywienia gospodarczego i podwyżki stóp procentowych.


Do kwietnia na rynkach finansowych mieliśmy do czynienia z praktycznie nieprzerwanym festiwalem optymizmu. Drożały akcje i surowce, taniały obligacje skarbowe (co objawiało się wzrostem ich rentowności). Jednym zdaniem: inwestorzy obstawiali boom w realnej gospodarce i pozycjonowali swoje portfele pod najbardziej pozytywne scenariusze.
Ten boom faktycznie zmaterializował się wiosną A.D. 2021. Wskaźniki PMI sięgnęły rekordowo wysokich poziomów, sygnalizując błyskawiczne nadrabianie pocovidowych zaległości produkcyjnych. Bazujący na fiskalnych „sterydach”, wzrost sprzedaży detalicznej w USA był wręcz wyraźnie szybszy od pandemicznego trendu, na czym zarabiały giełdowe korporacje, firmy przemysłowe i producenci surowców.
Zobacz także
Rynek długu prawdę ci powie?
O ile jeszcze na rynkach akcji do niedawna wciąż trwała euforia (indeks S&P500 prawie codziennie ustanawia historyczne rekordy), o tyle już rynki surowcowe złapały widoczną zadyszkę. Ale najciekawiej sytuacja rozwinęła się na rynkach długu, z reguły znacznie większych i płynniejszych niż rynki akcji i surowców.
Przede wszystkim chodzi o rosnące ceny amerykańskich obligacji skarbowych manifestujące się poprzez spadek ich rentowności. Jeszcze pod koniec marca dochodowość 10-letich obligacji rządu USA podchodziła pod 1,80%. Dziś to już tylko 1,28%, a jeszcze w zeszłym tygodniu było to ponad 1,50%. Mamy więc powrót rentowności amerykańskich 10-latek do poziomów z lutego i wymazanie większości tegorocznych wzrostów.

Podobnie sytuacja wygląda na innych głównych rynkach długu. W przypadku niemieckich papierów 10-letnich odnotowano spadek rentowności z -0,075% (tak, od ponad 2 lat pozostają one ujemne) do -0,33%. Analogiczne obligacje brytyjskie odnotowały spadek dochodowości z 0,92% do 0,56%. Globalne trendy nie ominęły też Polski, gdzie rentowność papierów 10-letnich spadła z prawie 2% w maju do niespełna 1,60%.
Generalnie rosnące ceny obligacji (tj. malejące rentowności) są sygnałem, że rynek nie za bardzo wierzy w dalszą poprawę koniunktury gospodarczej. Gra na wzrost rentowności była przecież zakładem o lepszą koniunkturę gospodarczą i w konsekwencji wyższą inflację oraz podwyżki stóp procentowych. O ile wzrost PKB i bardzo wysokie odczyty inflacji CPI faktycznie się zmaterializowały, to na rychłą normalizację stóp procentowych raczej nie ma co liczyć. Tym bardziej że najnowsze dane makroekonomiczne wskazały na delikatne wyhamowanie wzrostu gospodarczego. W tle pozostaje także ryzyko kolejnej fali koronawirusa rozprzestrzeniającego się w Wielkiej Brytanii pomimo zaszczepienia zdecydowanej większości dorosłej populacji.
Istnieją dwie zasadnicze możliwości interpretacji niedawnych wydarzeń na rynku długu. Pierwsza zakłada, że zarówno inflacja, jak i ożywienie gospodarcze jest „przejściowe” i że po wygaśnięciu covidowych stymulantów fiskalnych (zwłaszcza tych w USA) koniunktura powróci w obszary recesyjno-stagnacyjne. W takim układzie popyt na jakiekolwiek aktywa przynoszące jeszcze stały dochód (tj. o dodatniej rentowności) jeszcze się wzmocni. Druga opcja zakłada, że ostatnie ruchy mają jedynie charakter taktyczno-spekulacyjny, tj. że obserwujemy jedynie realizację zysków z krótkich pozycji na obligacjach skarbowych i że rentowności ponownie ruszą w górę napędzane spiralą płacowo-cenową w największych gospodarkach świata.
Póki co warto odnotować fakt, że spadek rentowności Treasuries przełożył się na obniżkę realnych długoterminowych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Dla okresu 10-letniego wynosi ona ok. -0,95% wobec -0,65% jeszcze trzy miesiące temu. To czynnik sprzyjający notowaniom złota, które w ostatnich dniach idą w górę na przekór zwyżkującemu dolarowi.
Krzysztof Kolany






























































