

Ostatnie odczyty makroekonomiczne rozczarowują analityków, co zapowiada nadchodzące spowolnienie gospodarcze. Prognozy zapowiadały wzrost PKB na poziomie 3%, ale chyba nie będzie tak dobrze. Jaki wpływ na polski rynek mają wydarzenia w Rosji i na Ukrainie?
Wbrew pozorom nie powinniśmy bagatelizować możliwych konsekwencji gospodarczych związanych z ograniczeniem wymiany handlowej z Rosją. Do kraju tego trafia nieco ponad 5% całego polskiego eksportu. W 2013 roku Moskwa znajdowała się na 5. miejscu na liście odbiorców polskich towarów.
Z danych GUS-u wynika, że to Rosjanie eksportują do naszego kraju więcej, niż my do Rosji, tzn. więcej importujemy niż eksportujemy. Rosjanie w 2013 roku sprowadzili z Polski towary o łącznej wartości 10,8 mld zł. Z kolei do Polski trafiły towary warte 25,3 mld zł. Tak wielka różnica wynika z faktu, że musimy importować surowce energetyczne, czyli ropę i gaz.
Sprzedajemy Rosjanom towary wysoko przetworzone, co zdaniem analityków sprawia, że wymiana handlowa wbrew pozorom jest dla nas korzystna. Rzecz w tym, że oprócz wysoko przetworzonych produktów np. sprzętu RTV, eksportujemy do Federacji Rosyjskiej także m.in. jabłka czy mięso wieprzowe.
Rosyjska blokada tego ostatniego przyczyniła się do poważnych problemów polskich producentów, którzy eksportowali do Rosji wieprzowinę o wartości kilkanastu mln euro miesięcznie. W związku z tym konieczne było znaczne obniżenie cen mięsa, by można je było sprzedać na krajowym rynku – był to jeden z czynników bardzo niskiej inflacji. Afrykański pomór świń najprawdopodobniej dobije ten sektor gospodarki. Sprawa w mediach niestety jest bagatelizowana.
Politycy deliberują nad różnego typu scenariuszami, zarówno dyplomatycznych i militarnych interwencji w razie eskalacji konfliktu na wschodzie Ukrainy. Z oczu schodzi nam jednak istota problemu. Polska gospodarka, może nie tyle jest uzależniona od rosyjskiej, ale możemy o wiele więcej stracić na konflikcie, niż zyskać.
Po pierwsze zasoby surowcowe – jeśli doszłoby do poważniejszych przerw w dostawach gazu (oczywiście tłumaczonych przez wrogie działania ukraińskich terrorystów wspieranych przez Kijów), może to doprowadzić do wzrostu cen energii. W efekcie może to wywołać inflację, zwiększyć koszty działalności firm oraz zmniejszyć ich zdolności inwestycyjne. Mogą też pojawić się problemy z planowaniem produkcji. Między innymi z tego powodu forsowana przez rząd propozycja utworzenia Unii Energetycznej to dla nas kwestia o strategicznie najwyższym priorytecie.
Na drugim biegunie mamy rosyjski kapitał w Polsce
Ten zaangażowany bezpośrednio stanowi niewielki ułamek łącznej wartości inwestycji zagranicznych realizowanych w Polsce – dokładnie ok. 2 mld euro na 600 mld euro zainwestowanych w naszym kraju ogółem. Kłopot stanowi jednak kapitał zaangażowany pośrednio – przez spółki cypryjskie, niemieckie, francuskie czy inne, których struktura własności może nie być do końca jasna.
Jeżeli Rosjanie posiadają udziały w niemieckich firmach, które mają partnerów handlowych w Polsce, to właśnie za ich pośrednictwem mogą realizować cele polityczne. W tym wypadku oznacza to destabilizację i ograniczenie wzrostu polskiej gospodarki. To nie jest teoria spiskowa – nie możemy się łudzić, że w starciu z rosyjskim gigantem mamy jakiekolwiek szanse na jakimkolwiek polu.
Naturalnie nie zmienia to faktu, że musimy bronić swojej racji stanu. Niemniej nikomu nie powinno zależeć na eskalacji konfliktu. Sankcje gospodarcze przeciw Rosji oznaczają kontrsankcje przeciw UE, które uderzą tylko w Polskę i kraje bałtyckie. Portugalczycy będą głosować za, bo ich ten kłopot nie dotyczy. Francuzi i tak będą Rosjanom sprzedawać okręty wojskowe. Na sankcjach stracą tylko producenci futer, których i tak nikt nie lubi oraz Polska.
Czy naprawdę nam na tym zależy?
Dodając do tego ryzyko wybuchu konfliktu wojennego, warto się zastanowić, czy nie powinniśmy stosować więcej zdrowego pragmatyzmu w relacjach z silniejszymi sąsiadami. "Machanie szabelką" zawsze się dla nas źle kończy. Ostatecznie i tak zostajemy bez honoru (słynne „polskie obozy”) i bez ojczyzny. Więc może zamiast walczyć o integralność Ukrainy – zawalczymy o lepsze kontrakty w zamian za pewne ustępstwa. Tylko bogacąc się będziemy mogli w przyszłości stanowić przeciwwagę dla Rosji w regionie. Teraz jeszcze jesteśmy za biedni. O Ukrainę niech chociaż raz walczą inni.
Kuczyński: czekamy na kamieni kupę
A co dla nas oznacza osłabienie wzrostu gospodarczego? W skali makro mowa o spadkach rzędu 2-3%. Jednak dla przeciętnego obywatela to brak obiecanej podwyżki, bezrobotni dłużej nie będą mogli znaleźć pracy, wzrost zadłużenia gospodarstw domowych. Spadek dynamiki wzrostu PKB o 1% to ok. ponad 10 mld zł mniej w produktach i usługach. To ok. 5 mld zł mniej w kieszeniach pracowników. A to równowartość 20 tys. nowych mieszkań. Coś, co łatwo przechodzi przez gardło politykom może oznaczać, że Kowalski nie będzie miał co do „gardła włożyć”.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl


















