Udział dolara w globalnych rezerwach walutowych od lat stopniowo spada, ale w drugim kwartale bieżącego roku wzrósł najmocniej od ponad dwóch lat mimo zamrożenia przez Amerykanów rosyjskich aktywów.


Po zamrożeniu przez Amerykanów rezerw walutowych Banku Rosji po inwazji armii Putina na Ukrainę podniosły się głosy, że jest to prosta droga do utracenia przez dolara miana głównej waluty rezerwowej świata. Na razie nie widać, by miało to miejsce. W II kwartale udział "zielonego" w globalnych rezerwach wzrósł do 59,53 proc. - wynika z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. To o niemal 0,7 punktu procentowego więcej niż na koniec marca - większy przyrost dolar zanotował w ostatnich 7 latach tylko raz: w pierwszym kwartale 2020 r.
Z drugiej strony warto zauważyć, że udział dolara w globalnych rezerwach powoli maleje w ostatnich latach. Na początku wieku przekraczał 70 proc., w 2020 r. spadł poniżej 60 proc.
W pierwszej dekadzie najwięcej kosztem dolara zyskiwało euro, którego udział wzrósł z niespełna 18 proc. do 28 proc. w połowie 2009 r., ale w kolejnych latach z powrotem spadł poniżej poziomu 20 proc. Od szczytu popularności euro sprzed 13 laty obserwujemy dywersyfikację rezerw - łączny udział dolara i euro spadł z ponad 90 do niespełna 80 proc., a zyskały inne waluty.
Na koniec pierwszego półrocza trzecią walutą rezerwową świata był japoński jen, a tuż za nim plasował się brytyjski funt. Waluty dzielił poziom 5 proc. Kolejne miejsca zajmowały chińskie renminbi oraz dolary kanadyjski i australijski. Ponad 3 proc. stanowią inne waluty.
W tej układance warto zwrócić uwagę na jeszcze dwie ciekawe kwestie. O ile udział dolara w globalnych rezerwach stopniowo spada od lat, to faktycznie państwa gromadzą coraz więcej dolarów jako rezerwy. Na początku wieku było to raptem bilion dolarów, a na koniec ubiegłego roku już przeszło 7 bilionów. W pierwszej połowie tego roku dolarowe rezerwy faktycznie zmniejszyły się o ponad 400 mld dol. (a wszystkie rezerwy o niemal 900 mld dol.). Za część spadku odpowiada spadek cen aktywów dolarowych, ale banki centralne zapewne pozbywały się też obligacji skarbowych, by pozyskać dolary w obliczu osłabienia krajowych walut i wzrostu stóp procentowych w USA.
Ponadto od lat obserwowaliśmy wzrost wartości rezerw walutowych. Wartość rezerw alokowanych, czyli tych, których strukturę walutową znamy i które są punktem odniesienia dla powyższych kalkulacji, przekracza 11 bilionów dolarów. Do tego dochodzą rezerwy niealokowane wyliczane przez MFW na ponad 860 mld dol. Łącznie daje to przeszło 12 bln dol. wobec niespełna 2 bln dol. na początku wieku. A liczby te nie obejmują państwowych funduszy inwestycyjnych, które władze niektórych krajów zasilają właśnie aktywami, które mogłyby pozostać w bilansach banków centralnych.
W minionych dwóch dekadach globalne rezerwy rozrosły się z niespełna 6 proc. światowego PKB do przeszło 13 proc. Czy tak duże rezerwy są faktycznie potrzebne? Część ulokowana w płynnych aktywach dolarowych zapewnia szybki dostęp do walut obcych, np. na wypadek braku dostępu do dewiz na rynku czy konieczności interwencji na rynku w celu powstrzymania osłabienia krajowej waluty. "Nadmiar" może pełnić rolę inwestycyjną, czyli przynosić zysk. To, wraz z chęcią dywersyfikacji, ale i presją polityczną na promowanie niektórych walut może skłaniać inwestorów do dorzucania do portfela aktywów denominowanych w innych walutach niż płynny "zielony".
Najważniejsze "sojusznicze" banki centralne świata nie muszą utrzymywać nadmiarowych rezerw w tej walucie, ponieważ w sytuacjach kryzysowych amerykańska Rezerwa Federalna udostępnia im linie swapowe, dzięki czemu mogą awaryjnie pozyskać dolary, gdy tych brakuje na rynku. Tak stało się choćby w marcu 2020 r. Fed udowodnił wówczas, że jest najważniejszym bankiem centralnym świata, a wizje upadku dolara i zastąpienia go inną walutą na razie pozostają w sferze mrzonek.



































































