To nie koniec złej passy Boeinga. Maszyna 737-800, startując z lotniska w Denver, stracił osłonę silnika, która odpadając uderzyła w klapę skrzydła. Samolot Southwest Airlines zawrócił na wysokości ponad 3 tys. km i bezpiecznie wylądował. Do zdarzenia doszło zaledwie kilka dni po ujawnieniu kolosalnej wypłaty, jaką otrzymał szef Boeinga.


Na pokładzie samolotu z Denver podróżowało 135 pasażerów i 6 członków załogi. Po wylądowaniu wadliwą maszyną czekali 3 godziny na podstawienie kolejnej, by udać się do Houston.
Przepraszamy za niedogodności związane z opóźnieniem, ale przykładamy najwyższy priorytet do zapewnienia bezpieczeństwa naszych klientów i pracowników - można przeczytać w oświadczeniu przewoźnika. Samolotem
Linie Southwest Airlines zapowiedziały dokładny przegląd wadliwej maszyny. Podobnie jak Federalna Administracja Lotnicza. Po wylądowaniu została ona odholowana do hangaru. Linia też zaznaczyła, że to ona jest odpowiedzialna za konserwację takich części.
Z danych Federalnej Administracji Lotniczej wynika, że został on wyprodukowany w 2015 roku. 737-800 to wcześniejsza wersja modelu Max. Widać to m.in. po silnikach - korzystają bowiem z tych samych wzorów CFM56, produkowanych wspólnie przez General Electric Aerospace i Safran Aircraft Engines.
Boeing odmówił komentarza, odsyłając BBC News do linii lotniczych. Koncern trafił na krótką listę światowych organów kontrolnych, po tym gdy w styczniu samolot Alaska Air stracił w powietrzu nieużywane drzwi awaryjne, co spowodowało dekompresję kabiny. Z tego też powodu Boeing zapłacił Alaska Air 160 mln dolarów. Suma miała stanowić rekompensatę za straty, jakie poniosła linia lotnicza w wyniku tej awaryjnej sytuacji. Zdaniem linii lotniczej kwota ta pokryje zyski utracone w pierwszych trzech miesiącach roku i jak zaznaczyła, spodziewa się dalszych w nadchodzących miesiącach. W wyniku wypadku służby uziemiły prawie 200 samolotów Boeing 737 Max 9, a tysiące lotów zostało odwołanych.

Jednak wypłata rekompensaty spotkała się z ostrą krytyką kancelarii prawniczej reprezentującej podróżnych. "Najwyraźniej Boeing uważa za ważniejsze płacenie tym, których zyski korporacyjne są zagrożone, a nie tym których życie było w niebezpieczeństwie - powiedział w BBC News Daniel Laurence, partner w Stritmatter Firm.
W zeszłym miesiącu CEO Boeinga Dave Calhoun zapowiedział odejście ze stanowiska pod koniec tego roku. Jego wynagrodzenie w 2023 roku wy niosło łącznie 32,8 mln dolarów, co stanowi wzrost o 45 proc. w porównaniu do poprzednich 12 miesięcy (w 2022 roku otrzymał bowiem 22,6 mln dolarów) jak policzył CNN. Oprócz comiesięcznej pensji w wysokości ponad 2 mln dolarów otrzymał także gigantyczną premię i to w obliczu niekończących się problemów koncernu. Mogło być znacznie więcej, ale wspaniałomyślnie odmówił przyjęcia rocznej premii motywacyjnej w wysokości 2,8 mln dolarów. Wniosek złożył w styczniu po wypadku Alaska Air.
Boeing stara się podreperować swoją reputację, zniweczoną katastrofami z 2018 roku i 2019 roku, w których zginęło 346 osób. Wówczas popularne samoloty 737 Max zostały uziemione na całym świecie na ponad 18 miesięcy. Z powodu awarii samolotu Alaska Air Boeing przestał wyrabiać się na czas z dostawami samolotów - spowolnił bowiem produkcję, by sprawdzić, czy na pewno procesy, a więc i produkt finalny jest bezpieczny. W lutym Ryanair poinformował, że z powodu tych opóźnień wakacyjni podróżni muszą zapłacić wyższe ceny biletów. Linie United Airlines ostrzegły z kolei inwestorów przed stratami finansowymi, wynikającymi z uziemienia maszyn i poprosiły pilotów o wzięcie bezpłatnych urlopów.



























































