|
O tym, jak się choruje w Stanach i co miałaby zmienić tzw. Obamacare, rozmawiamy z prof. Krzysztofem Ostaszewskim, pracownikiem Illinois State University.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Amerykański system opieki zdrowotnej jest z polskiego punktu widzenia abstrakcją, zacznijmy więc od zarysowania jego kształtu. Kto w Stanach Zjednoczonych płaci za leczenie chorego?
Prof. Krzysztof Ostaszewski: Za usługi medyczne w Stanach Zjednoczonych płacą: firmy ubezpieczeniowe, państwo i osoby indywidualne. Gdy pacjent ma ubezpieczenie, to ono pokrywa koszty wizyty u lekarza czy w szpitalu, choć z reguły trzeba do tego dopłacić jakąś kwotę. Gdy pacjent jest objęty społecznym ubezpieczeniem zdrowotnym Medicare (dofinansowywane przez podatki, czyli z kasy państwa, a więc z kieszeni podatników; obejmuje tylko osoby w wieku od 65 lat), leczy się z tego tytułu. Gdy pacjent nie ma ubezpieczenia i nie ma pieniędzy, prywatny lekarz go nie przyjmie, ale jeśli jest chory - musi przyjąć go szpital. W takim przypadku w efekcie koszty leczenia pokryje państwo. Dzieje się tak na przykład w przypadku nielegalnych imigrantów.
Nie ma więc na dobrą sprawę instytucji publicznej służby zdrowia?
Nie ma państwowych lekarzy. Jest pewna grupa lekarzy pracujących w systemie państwowych szpitali dla weteranów sił zbrojnych. Ale poza tym praktycznie wszyscy lekarze są prywatni, pracują dla siebie albo są zatrudnieni przez prywatne kliniki lub szpitale.
Dobrze. Wchodzę więc do lekarza… i co?
Wizytę u lekarza zamawia się z reguły przez telefon, choć są gabinety, do których można wejść i poprosić o wizytę. Na spotkanie z lekarzem czeka się bardzo krótko. Wizyta rozpoczyna się od wypełnienia formularzy potrzebnych do złożenia w firmie ubezpieczeniowej, które pozwalają lekarzowi uzyskać zapłatę za swoją usługę.
|
Lekarzom płaci się według stawek wyznaczonych przez niech samych lub takich, jakie wynegocjowali z firmą ubezpieczeniową.
Sam pacjent albo płaci pewną małą, ustaloną sumę w momencie wizyty, albo później to, czego nie pokryła firma ubezpieczeniowa. Ceny są horrendalne. W bardzo tanich klinikach wizyta może kosztować tylko 30 dolarów, ale wizyta u specjalisty – nawet 300 dolarów za kwadrans rozmowy. Pacjent z ubezpieczeniem zapłaci z tego ok. 10 dolarów, resztę pokrywa ubezpieczenie.
Nie ma tu też łapówek dla lekarzy – to byłoby nie do pomyślenia. Jeśli lekarz chce zarobić więcej, może podnieść swoje stawki. Jeśli nadal będzie miał pacjentów, to zarobi więcej. I słusznie. Lekarze w Stanach Zjednoczonych zarabiają najwięcej spośród swoich kolegów na całym świecie. Ponoszą też jednocześnie najwyższe koszty, gdyż studia medyczne są najdroższe ze wszystkich kierunków w tym kraju – w kraju, w którym studia w ogóle są najdroższe na świecie. Co więcej, pracując już w zawodzie, stale muszą się bronić przed sprawami sądowymi, a prawników łasych na pieniądze jest w Ameryce w bród. Czytałem kiedyś, że w Nowym Jorku jest więcej prawników niż w całych Chinach.
Wracając do wizyty – po niej trzeba pójść do apteki. Ceny powalą mnie z nóg?
Zacznijmy od tego, że leki kupuje się w prywatnych aptekach, których jest tu bardzo dużo. Niestety, ceny medykamentów są najwyższe na świecie. Przy czym pacjent płaci drobną część tego kosztu, a resztę pokrywa ubezpieczenie. Opatentowany lek może kosztować np. 700 dolarów (ok. 2,2 tys. zł) za miesięczną dawkę, z czego pacjent zapłaci 50 dolarów, a firma ubezpieczeniowa resztę.
Co z refundacją leków?
Pojęcie refundacji nie istnieje. Państwo nie dopłaca do lekarstw, może co najwyżej zapewnić ubezpieczenie, które pokryje ten wysoki koszt. Dodać jednak należy, że od 2005 r. system ubezpieczeń społecznych Medicare ma część obejmującą lekarstwa, do którego rząd federalny dopłaca w postaci subsydiów prywatnych polis wybieranych przez osoby objęte tym systemem.
Ile w takim układzie kosztuje polisa?
Mam ubezpieczenie kupione przez mojego pracodawcę. Pozwala ono mnie i mojej bezpośredniej rodzinie udać się do każdego lekarza na świecie. Ja i mój pracodawca płacimy za nie łącznie ok. 2500 dolarów miesięcznie. To znacznie więcej niż dochody znakomitej większości ludzi żyjących na naszej planecie. Mam nadzieję, że teraz widać, dlaczego mówi się, że koszty ubezpieczeń zdrowotnych są w USA najwyższe na świecie.
Cały ten system ma być teraz zmieniony. Jakie nowości zaproponował prezydent Obama?
Reforma służby zdrowia wprowadziła obowiązek posiadania polisy ubezpieczeniowej na pokrycie kosztów opieki zdrowotnej – dla wszystkich osób w Stanach Zjednoczonych. Przeciętny obywatel będzie mógł kupić taką polisę przez swego pracodawcę, ale jeśli pracodawca polisy nie oferuje (za co zapłaci karę), pracownik będzie mógł kupić ją na specjalnej giełdzie polis ubezpieczeniowych, które mają być zorganizowane we wszystkich stanach USA. Rząd federalny ma też wprowadzić nowy system nadzoru systemu ubezpieczeń zdrowotnych, w tym dotacje dla tych giełd polis ubezpieczeniowych i systemu pomocy medycznej nazywającego się Medicaid.
A jeśli ktoś nie kupi sobie ubezpieczenia?
Indywidualne osoby, które nie kupią polisy ubezpieczeniowej, będą podlegać karze, która na początku będzie niższa niż koszt polisy, ale z czasem wzrośnie do poziomu wyższego niż koszt polisy.
Szykują się niezłe żniwa dla ubezpieczycieli…
Prywatne firmy ubezpieczeniowe będą miały nałożone pewne obostrzenia, między innymi obowiązek wydawania co najmniej 80% składki (85% dla większych firm) z ubezpieczeń zdrowotnych na wypłaty dla ubezpieczonych. To oznacza, że nie będą mogły przeznaczyć więcej niż 20% (15% w przypadku dużych firm) na pokrycie kosztów i własny zysk. Gdyby prywatne firmy zostały wyeliminowane przez takie warunki kontraktu, państwo utworzy firmy państwowe, które przejmą rynek. Tak z grubsza działa ta ustawa.
Dlaczego więc trafiła przed oblicze Sądu Najwyższego?
Sprawa w Sądzie Najwyższym dotyczyła nakazu zakupu ubezpieczenia. Organizacja National Federation of Independent Business złożyła pozew przeciwko amerykańskiemu odpowiednikowi Ministra Zdrowia, sprzeciwiając się nakazowi zakupu ubezpieczenia przez osoby fizyczne.
|
W nowym systemie pieniądze mają być płacone prywatnej firmie ubezpieczeniowej, a wydawałoby się, że konstytucja zabrania przymusu płacenia haraczu firmie ubezpieczeniowej. Tak twierdziła organizacja National Federation of Independent Business. Okazało się, że była w błędzie. Sąd Najwyższy wyjaśnił, że przymusu nie ma, bo przecież zawsze można zapłacić karę. Karę zaś zapłacić trzeba, bo jest ona podatkiem od nieposiadania polisy ubezpieczeniowej. A podatki, zwłaszcza dla dobra publicznego, Kongres wprowadzać może. I ustawa o reformie przetrwała ten konstytucyjny proces.
Od kiedy więc Amerykanie będą dbali o swoje zdrowie w nowy sposób?
Jeśli wybory 6 listopada wygra Barack Obama, ustawa zostanie w mocy. Będzie wprowadzana w życie stopniowo, co zresztą już się zaczęło i ma potrwać aż do 2020 roku.
Jeśli wybory wygra Mitt Romney, obiecał zlikwidować tę ustawę. To z kolei nie będzie takie proste, bo wymagałoby ustawy uchwalonej przez Izbę Reprezentantów i Senat w Kongresie, a póki co nie ma pewności, że Partia Republikańska uzyska w nich wymaganą większość.
Rozmawiała Malwina Wrotniak, Bankier.pl
Kontakt: m.wrotniak@bankier.pl

























































