REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Michalscy: Pierwszy rodzinny zespół dwupokoleniowy z Koroną Ziemi

2005-12-12 13:04
publikacja
2005-12-12 13:04
Dodaj Bankier.pl w Google
Jerzy i Paweł Michalscy Sprawa rodzinna

Tekst: Dorota Kobierowska

• Najstarszy człowiek na Mount Evereście
• Najstarszy zdobywca Korony Ziemi
• Pierwszy rodzinny zespół dwupokoleniowy z Koroną Ziemi.

To wszystko może się zdarzyć już wiosną. Wystarczy tylko... stanąć wspólnie na szczycie świata. Jerzy i Paweł Michalscy są bliscy celu, którego osiągnięcie zapisze ich w historii alpinizmu. „Poznaj Świat” patronuje ich wyczynom.

Ojciec - rocznik 1931, historia polskiego alpinizmu. Syn - rocznik 1973, stara się sprostać rodzinnej tradycji - poświęca górom każdą wolną chwilę. Różnica wieku nie ma znaczenia w ich wspólnym zdobywaniu najwyższych szczytów kolejnych kontynentów. Jerzy i Paweł Michalscy muszą jeszcze stanąć na Mount Evereście, aby Korona Ziemi była kompletna. A wtedy - Jerzy Michalski będzie najstarszym zdobywcą najwyższego szczytu Ziemi.

Pół wieku z liną

Michalski senior uprawia wysokogórską wspinaczkę od ponad pół wieku.
- Jego wyczyny w Alpach w latach sześćdziesiątych to szczytowe wówczas osiągnięcia polskiego alpinizmu - mówi Marek Grochowski, kolega z Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. - Jurek to typ sportowca. Twardziel. Był pionierem zimowej wspinaczki. Razem z Maciejem Gryczyńskim tworzyli jeden z najlepszych polskich zespołów. W imponującym stylu wspinał się Jerzy także na Kaukazie, w Himalajach-Karakorum, Andach.

Przez dwadzieścia lat Jerzy Michalski miał swoje miejsce w kadrze narodowej polskich alpinistów. Andrzej Zawada, kierownik najważniejszych narodowych wypraw, liczył na Michalskiego, kompletując skład wyprawy na Everest zimą 1980 roku. Łodzianin musiał mu odmówić, bo sam organizował wyprawę klubową w Andy.

Bo Cię kochamy!


- W moich górskich osiągnięciach ma swój udział żona. Jest wyrozumiała wobec mojej pasji. Nigdy się nie sprzeciwiła wyjazdowi w góry - podkreśla pan Jerzy. Tę wdzięczność podziela również syn. Świadczy o tym zdjęcie z jednego ze szczytów, na którym panowie trzymają tabliczkę z napisem: „Mamo, zdobywamy, bo Cię kochamy”.

Rodzina Michalskich w góry jeździła kilka razy do roku. Zwykle były to Tatry, Morskie Oko albo Hala Gąsienicowa, dokąd Jerzy Michalski zawoził żonę i trójkę synów. Po czym wracał do Łodzi, pakował plecak i wyruszał na dwa, trzy miesiące na kolejną wyprawę. To dlatego najdawniejsze wspomnienia Pawła związane są ze starym schroniskiem w Morskim Oku.

Miał osiem lat, kiedy po raz pierwszy wspiął się na Kościelec. Już wtedy można było przypuszczać, że pójdzie śladami ojca. Wspinaczkę skałkową uprawia także najmłodszy z trójki Michalskich - Tymoteusz. Trochę wspinał się również najstarszy syn - Mateusz, ale zapomniał o górach i linie, bo od ośmiu lat pracuje jako archeolog w Meksyku.
- Za bardzo przywykł do cieplejszego klimatu - żartuje ojciec.

Razem po koronę

Natomiast Pawła, w przeciwieństwie do brata, najbardziej „kręci” właśnie górska akcja w zimowych warunkach. Zasmakował w niej, kiedy ojciec zabrał go, wraz z trójką kolegów, na Mont Blanc. Dostali wtedy solidnie w kość, przekraczając szczeliny w lodowcu i walcząc z wiatrem, aby nie zwiał ich z przepaścistej grani.

Po powrocie z Alp w 1996 roku Paweł zapytał ojca: - A może zaatakujemy Koronę Ziemi?

Jerzy Michalski nie od razu przystał na ten pomysł. Należy do pokolenia, dla którego wspinaczka, zdobywanie szczytów to przede wszystkim mierzenie się ze sobą, szukanie granic własnych możliwości.

- Na początku uważałem, że takie kolekcjonowanie szczytów nie ma sensu - wspomina Michalski senior. Przeważył argument, że oprócz wspinaczki to także przygoda, okazja poznania nowych szczytów, zupełnie innych od tych, które dotychczas zdobywał.

Egzotyką była wyprawa na góry leżące w strefie równikowej - Kilimandżaro w Afryce i Piramida Carstensz na Nowej Gwinei. Spacer wystarczył, by wejść na australijską Górę Kościuszki. Natomiast McKinley na Alasce dał się im we znaki. Blisko miesiąc czekali na warunki umożliwiające atak szczytowy. Rzutem na taśmę zdobyli wierzchołek i to w jakim stylu? Wejście i zejście trwało zaledwie osiem godzin.

Cierpliwości wymagał od nich również Mount Vinson na Antarktydzie. Długie tygodnie musieli czekać na bezwietrzną pogodę, by mógł wystartować samolot, który miał ich dowieźć do podnóży góry. Gdy wreszcie opuścili śnieżne pustkowia - nie mogli nacieszyć się widokiem trawy.

Na najwyższy szczyt Ameryki Południowej, Aconcaguę, wchodzili aż dwa razy. Pierwszy, przed wieloma laty, był Jerzy. W 1999 roku weszli razem, a w ubiegłym roku, Paweł, żeby wyrównać osiągnięcie ojca, wszedł na szczyt trudniejszą, Drogą przez lodowiec Polaków. Na leżący na Kaukazie Elbrus Paweł pojechał sam, bo Jerzy Michalski już wcześniej zdobywał tę górę.

Został Everest

Wyprawa na najwyższy szczyt Ziemi to ogromne logistyczne przedsięwzięcie, w dodatku bardzo kosztowne. Oprócz podróży i wyposażenia trzeba opłacić prawo wejścia na górę. Są to sumy przekraczające możliwości finansowe zarówno inżynierskiej emerytury Michalskiego seniora, jak i inżynierskiej pensji juniora, który jest na początku zawodowej drogi. Tylko dzięki wsparciu sponsorów udało się w tym roku jesienią wyruszyć na najwyższą górę.

Decyzję, by zdobywać Everest od strony Tybetu, wymusiła cena pozwolenia - o wiele niższa aniżeli po południowej stronie góry, w Nepalu. Droga pierwszych zdobywców po nepalskiej stronie: przez lodospad Ice Fall i Przełęcz Południową jest bardzo oblegana, co wykorzystuje rząd Nepalu i wysoką ceną pozwolenia ogranicza liczbę chętnych do zmierzenia się z Everestem.

Kiedy ojciec z synem znaleźli się w bazie na lodowcu Rongbuk, nie mogli się nadziwić - żadnych namiotów, byli jedyną wyprawą. I to w dodatku bardzo małą. Oprócz Michalskich jej skład tworzyli dwaj Szerpowie, biorący udział w ubezpieczaniu drogi na szczyt, i kucharz. Kiedy podczas kolejnego wyjścia w górę jednego z Szerpów poturbowała lawina, losy tej próby zdobycia Everestu były przesądzone - musieli wracać.

Kolejna wyprawa planowana jest na wiosnę, jeśli tylko dopiszą sponsorzy. Paweł - na co dzień kierownik robót na jednej z największych budów w Europie, warszawskich „Złotych Tarasach” - jest dobrej myśli. Szuka funduszy na wyprawę i układa plan, w jaki sposób wiosną najskuteczniej zadbać o aklimatyzację, aby kiedy nadarzy się okazja, wykorzystać sprzyjającą pogodę i możliwie szybko podjęć atak szczytowy. Natomiast pan Jerzy, jak ma to w zwyczaju od wielu lat, nie zaniedbuje kondycji. Codziennie rano dwie godziny biega, potem przejeżdża 25 kilometrów na rowerze. Wieczorem jest jeszcze siłownia. - To człowiek o niezwykłej wytrzymałości. Mimo swojego wieku jest w stanie sprostać wyzwaniu, jakim jest Everest - mówią ci, którzy go znają.

Dorota Kobierowska

Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki