Jeszcze 28. kwietnia za uncję srebra płacono 49,50 dolarów – czyli najwięcej od stycznia 1980 roku, gdy kurs białego metalu osiągnął absolutne maksimum na poziomie 50,35 USD/oz. W tym momencie notowania srebra były o 60% wyższe niż na początku roku i w samym kwietniu miały za sobą wzrost o 32%.
Później jednak rozpoczęła się realizacja zysków, która w poniedziałek w nocy (2. maja) przerobiła się w paniczną wyprzedaż srebrnych kontraktów. Notowania tego szlachetnego surowca w ciągu 11 minut spadły o 12%. Był to efekt decyzji operatora nowojorskiej giełdy towarowej (COMEX), który nagle o 13% podwyższył minimalne depozyty zabezpieczające dla transakcji terminowych.
Mocno zlewarowani inwestorzy (czyli głównie fundusze hedgingowe) z powodu braku gotówki zaczęli pospiesznie zamykać spekulacyjne długie pozycje, co doprowadziło do tąpnięcia cen. W czwartek notowania srebra zniżkują piąty dzień z rzędu. W trakcie tych pięciu sesji biały metal potaniał o 23% i wymazał prawie całość kwietniowej zwyżki.
Decyzja CME (właściciela Comeksu) przysłużyła się za to bliżej nieokreślonej grupie amerykańskich banków przez lata utrzymujących gigantyczną krótką pozycję w kontraktach na srebro, która najprawdopodobniej nie miała (i nadal nie ma) pokrycia w fizycznie istniejącym metalu. Kwietniowy raport amerykańskiego nadzoru nad giełdami towarowymi (CFTC) podaje, że łączna krótka pozycja amerykańskich banków wynosiła 25.412 kontraktów, co stanowiło 17,2% ogółu otwartych pozycji.
Ponieważ każdy kontrakt opiewa na pięć tysięcy uncji srebra, to dwa lub trzy amerykańskie banki zobowiązały się dostarczyć blisko cztery tysiące ton srebra, co stanowiłoby 17% światowego wydobycia i niemal czterokrotnie przewyższałoby zarejestrowane zapasy zgromadzone w magazynach nowojorskiej giełdy. Gdyby inwestorzy zdecydowali się na fizyczne rozliczenie kontraktów, to wykupiliby większość dostępnych rezerw srebra, zmuszając banki do zabójczej licytacji o trudnodostępny surowiec.
K.K.


























































