Wtorkowa sesja na Wall Street nie przyniosła rozstrzygnięć. Wydaje się, że inwestorzy wstrzymują się z decyzjami do czasu czerwcowego posiedzenia władz Rezerwy Federalnej.


Z notowań kontraktów terminowych na stopę funduszy federalnych wynika, że inwestorzy są niemal pewni (prawie 90% szans), ze 14 czerwca Fed podniesie cenię pieniądza o 25 pb. Rynek jest sceptyczny wobec kolejnych podwyżek w tym roku (tylko 45% szans), ale Robert Kaplan – szef Fedu z Dallas – oczekuje jeszcze dwóch ruchów w 2017 roku.
Na rzecz wyższych stóp procentowych w USA przemówił raport o dochodach i wydatkach Amerykanów. Te drugie wzrosły w kwietniu o 0,4% mdm (zgodnie z oczekiwaniami), a rezultat za marzec nieoczekiwanie zrewidowano w górę z 0,0% aż do 0,3% mdm. Inflacja wydatków konsumenckich (tzw. inflacja PCE) wyniosła 1,7% (wobec 1,9% w marcu) i była bliska dwuprocentowemu celowi inflacyjnemu Rezerwy Federalnej.
W takich warunkach inwestorzy z Wall Street grali na przeczekanie. Dow Jones stracił 0,24%. Nasdaq i S&P500 osunęły się po ok. 0,1%, delikatnie wycofując się z osiągniętych w zeszłym tygodniu rekordów wszech czasów.
Emocje inwestującej publiki rozgrzewały akcje dwóch spółek internetowych. Zarówno walory Alphabet (czyli Google'a) jak i Amazona zbliżyły się do ceny tysiąca dolarów za sztukę. Kurs Amazona nawet przez jakiś czas znalazł się powyżej 1.000 USD. Jednak o ile Alphabet jest wyceniany bardzo wysoko – jego wartość rynkowa 33-krotnie przewyższa zyski za ostatnie cztery kwartały - to Amazon jest wielkim giełdowym balonem. Jego c/z wynosi niemal 188 - to wskaźnik znajdujący się właściwie poza skalą.

Krzysztof Kolany





















