Pod koniec pierwszego półrocza Główny Urząd Statystyczny rozpocznie pilotażowe badanie wśród firm z branży energetycznej, które ma dać odpowiedź na pytanie, ile w projektach w tej branży jest tzw. local content, czyli czynnika krajowego. Z czasem badania mają objąć inne sektory. Polska jest tu pionierem w Unii Europejskiej. Wyniki będziemy poznawać prawdopodobnie raz w roku.


– Poprosimy firmy z branży energetycznej oraz wykonawców i podwykonawców w tej branży o wypełnienie ankiet na temat local content w realizowanych projektach. Pod uwagę będziemy brać m.in. wynagrodzenia osobowe, wartość sprzedanych towarów i materiałów, usługi czy koszty operacyjne – zapowiedział prezes GUS Marek Cierpiał-Wolan na wtorkowym briefingu.
– Pilotaż pozwoli nam wypracować i przetestować metodykę pomiaru local content. Mam nadzieję, że po pomyślnych testach będzie ona wdrażana w kolejnych branżach, a docelowo obejmie całą gospodarkę – dodał prezes GUS.
Ile zostaje w Polsce, ile wypływa za granicę
Na temat udziału polskich firm w projektach wzmacniających polską gospodarkę rozmawiano również podczas panelu dyskusyjnego „Local content – zasoby krajowe jako fundament rozwoju”.
– Mówiąc bardzo obrazowo: zmierzymy, jaka część pieniędzy publicznych przeznaczonych na realizację tych projektów rzeczywiście zostaje w polskiej gospodarce, a jaka wypływa za granicę – powiedziała podczas panelu wiceprezes GUS Renata Bielak.
– Energetyka została wybrana celowo – ze względu na dużą skalę projektów i rozbudowane łańcuchy dostaw. To świetne pole, by sprawdzić, czy nasze założenia badawcze są właściwie rozumiane, czy informacje spływają do nas prawidłowo i czy nasz system jest odpowiednio przygotowany – wskazała Bielak.

W 2027 roku badania mają objąć – poza energetyką – sektory: zbrojeniowy, transportowo-infrastrukturalny oraz technologiczno-cyfrowy. Z kolei w 2028 roku badanie rozszerzy się prawdopodobnie na wszystkie obszary, w których będą realizowane kluczowe inwestycje publiczne.
Podobnych badań nie przeprowadzał dotąd żaden kraj w Unii Europejskiej. – Ale popatrzyliśmy na świat i są takie przykłady. Przykładowo Wielka Brytania wymaga, że musi być zapewniony 50-proc. udziału local contentu, żeby dana firma była preferowana w tych projektach inwestycyjnych – dodawała Bielak. Podobne rozwiązania mają też Amerykanie na swoim rynku.
Co to tak naprawdę jest local content?
To, kiedy faktycznie GUS ruszy z szeroko zakrojonymi badaniami „czynnika krajowego”, a nie tylko z pilotażem w energetyce, zależy od decyzji zespołu ds. local contentu, działającego przy Ministerstwie Aktywów Państwowych od października zeszłego roku. W jego skład wchodzi m.in. Agencja Rozwoju Przemysłu. Jak zapowiedziała Ilona Deręgowska, wiceprezes ARP, która również uczestniczyła we wtorkowej dyskusji, ogłoszenia konkretnych decyzji można spodziewać się najpóźniej w ciągu kilku tygodni. Wówczas powinniśmy m.in. poznać definicję local contentu, jaką przyjmie rząd.
Raczej nie należy spodziewać się, że „czynnik krajowy” zostanie ujęty na sztywno w polskim prawie. – Analiza przepisów wskazuje, że żadna legislacja – ani europejska, ani w innych państwach, na które rozszerzyliśmy nasze badania – nie wprowadza sztywnej definicji local content. To istotny wniosek, który znajduje potwierdzenie w praktykach. Wynika z nich, że można skutecznie wspierać krajowe łańcuchy dostaw w pełnej zgodzie z wytycznymi Unii Europejskiej, nawet bez bezpośrednich zapisów w prawie. Konieczne jest do tego jednak wypracowanie odpowiedniej metodyki, kalkulacji i pomiaru local content – mówiła Deręgowska.
Pomagać trzeba umiejętnie
O tym, że podmioty działające w oparciu o przepisy prawa zamówień publicznych, zgodnego z dyrektywami UE, nie mogą faworyzować polskich firm w przetargach, przypominała Agnieszka Olszewska, prezes Urzędu Zamówień Publicznych: – Przepisy nie zabraniają jednak prowadzenia zakupów publicznych w sposób, który wspiera i pobudza polską gospodarkę. Kluczowy jest tu etap przygotowania postępowania i rzetelne rozpoznanie faktycznych potrzeb w oparciu o analizę rynku. Chodzi o dokładne zbadanie, jak dana usługa, dostawa czy robota budowlana może zostać zrealizowana, z uwzględnieniem potencjału podmiotów budujących siłę naszej gospodarki – wskazywała.
Przypominała, że zamówienia są realizowane też na mocy innych przepisów, gdzie możliwości wspierania polskich firm bywają większe. Przypominała sytuacje z przeszłości, które nie powinny się wydarzyć. – Bywało, że podmiot publiczny – udzielając zamówienia z wolnej ręki i mając możliwość wyboru – nie decydował się na wykonawców lub konsorcja zapewniające najwyższy udział komponentu krajowego. Zamiast tego wybierano firmy z państw trzecich, na przykład z Turcji – mówiła prezes Urzędu Zamówień Publicznych. Jej zdaniem w zmianie tych praktyk pomoże opracowywany dokument – Polityka Zakupowa Państwa.
Elektrownia atomowa z polskim udziałem
Jeśli chodzi o energetykę, według deklaracji premiera Donalda Tuska w ciągu najbliższych 10 lat inwestycje w tej branży wyniosą blisko 1 bilion złotych. Wśród kluczowych projektów jest budowa elektrowni atomowej w Choczewie. Uczestniczący w panelu Grzegorz Maj, pełnomocnik zarządu ds. wsparcia rozwoju rynku spółki Polskie Elektrownie Jądrowe, przypomniał, że firma oczekuje, że komponent krajowy w przypadku projektu jądrowego sięgnie co najmniej 40%.
Jak kontrolowana przez polskie państwo firma zamierza wspierać krajowych wykonawców w projekcie, za którego realizację będą odpowiadać amerykańskie firmy Bechtel i Westinghouse? – Nie możemy wpisać wprost w umowie, że podwykonawcami mają być polskie firmy. Musimy się poruszać w ramach prawodawstwa europejskiego. Ale możemy zadbać o to, żeby polskie firmy miały pierwsze informacje o tym, kiedy i jakie zlecenia będą realizowane, w jaki sposób się do nich przygotować, w oparciu o jakie normy będą pracować na placu budowy, jakie trzeba zdobyć certyfikaty – wskazywał Grzegorz Maj.
Wejście na rynek we Francji? "Szczerze gratuluję"
Jako przykład państw, który mimo obecności w Unii Europejskiej bardzo dbają o to, żeby kluczowe inwestycje wykonywały jednak podmioty krajowe, podawano m.in. Niemcy czy Francję.
– Szczerze gratuluję każdemu, komu uda się wejść na francuski rynek wysokich napięć, ponieważ jest to praktycznie niemożliwe. Mimo funkcjonowania w ramach Unii Europejskiej tamtejszy system jest skonstruowany w sposób, który niemal wyklucza zagraniczną konkurencję. Wprawdzie jedna z polskich spółek realizowała tam prace, ale jedynie w roli dalekiego podwykonawcy, bez realnych szans na objęcie funkcji generalnego wykonawcy – mówił podczas panelu Piotr Tomczyk z zarządu polskiej firmy Enprom, budującej sieci energetyczne. Podobnie sytuacja wygląda w Niemczech. – W skali podobnej do naszej – przy obrotach rzędu 100 milionów euro – nie operuje tam żadna inna spółka z Polski. Dojście do takiej pozycji na zagranicznym rynku to bardzo długa droga, nam zajęła wiele lat – dodawał.






















































