Zagraniczni inwestorzy masowo wycofują kapitał z indyjskiej giełdy. Skumulowana wartość netto inwestycji zagranicznych spadła do najniższego poziomu od blisko dekady. Dawny faworyt rynków wschodzących przegrywa rywalizację z azjatyckimi tygrysami technologicznymi, a oliwy do ognia dolewają napięcia geopolityczne – wynika z danych agencji Bloomberg.


Z danych National Securities Depository Ltd. wynika, że na dzień 1 czerwca wartość inwestycji netto zagranicznych inwestorów portfelowych (FPI) na indyjskim rynku akcji spadła do 7,3 bln rupii. To najniższy poziom od 2016 roku. Wskaźnik ten sumuje napływy i odpływy zagranicznego kapitału na tamtejszym parkiecie od 1993 roku, co pokazuje ogromną skalę obecnego exodusu.
W efekcie warte 4,9 bln dolarów indyjskie rynki akcji po raz pierwszy od trzech lat wypadły z pierwszej piątki największych giełd świata pod względem kapitalizacji, ustępując miejsca technologicznej czołówce Azji: Tajwanowi oraz Korei Południowej. Udział funduszy globalnych w indyjskich spółkach giełdowych skurczył się do 15% (w porównaniu do blisko 20% dekadę temu). Lukę tę próbują łatać lokalne fundusze inwestycyjne, napędzane wpłatami od rodzimych inwestorów indywidualnych, które kontrolują już prawie 20% rynku.
Indie ominięte przez boom na sztuczną inteligencję i... ofiarą boomu
Głównym powodem odwrotu od Delhi jest zmiana priorytetów globalnego kapitału, który masowo przenosi się na rynki bezpośrednio powiązane z infrastrukturą sztucznej inteligencji (AI). Indie mają w tym segmencie niewiele do zaoferowania.
„Spodziewamy się, że napływy FPI pozostaną stłumione ze względu na niską atrakcyjność Indii w porównaniu z innymi rynkami wschodzącymi. Kraj ma niewielką ekspozycję na cykl związany z AI i półprzewodnikami, który może potrwać jeszcze od roku do trzech lat” – oceniają stratedzy Kotak Institutional Equities.

Na horyzoncie pojawiają się też strukturalne zagrożenia. Carson Block, założyciel firmy doradczej Muddy Waters Capital, ostrzegł niedawno, że AI może w najbliższych latach zastąpić nawet 15% wysoko opłacanych pracowników umysłowych w USA, co uderzy w indyjski sektor nowoczesnych usług biznesowych, będący dotychczas motorem napędowym tamtejszej gospodarki.
Dodatkowo nad Indiami – jako dużym importerem surowców – ciąży widmo szoku naftowego wywołanego konfliktem amerykańsko-irańskim.
Drogo i bez wzrostów. Kapitał wróci dopiero po 2027 roku?
Mimo tegorocznej przeceny o 9%, główny indyjski indeks NSE Nifty 50 wciąż jest relatywnie drogi. Wyceniany jest na poziomie 18-krotności prognozowanych zysków na najbliższy rok (P/E forward). Dla porównania: analogiczny wskaźnik dla Korei Południowej, a więc zdecydowanie jednego z liderów tegorocznych wzrostów, wynosi on "zaledwie" 7,5.
Analitycy Bank of America wskazują, że Indie mierzą się obecnie z obniżkami prognoz zysków spółek, podczas gdy rynki napędzane przez AI notują ich rewizje w górę. BofA szacuje wzrost zysków indyjskich spółek z indeksu Nifty 50 na poziomie zaledwie 7% w tym roku finansowym oraz 8,5% w kolejnym (kończącym się w marcu 2027 r.).
Prognoza BofA: Ucieczka kapitału potrwa lata
Według Amisha Shaha, szefa działu analiz giełdowych na rynek indyjski w BofA Global Research, zagraniczni inwestorzy raczej nie wrócą do Indii przed 2027, a może nawet 2028 rokiem.
„To zdecydowanie nie wydarzy się w 2026 roku” – twierdzi Shah.
Zdaniem eksperta napływ zagranicznego kapitału drastycznie wyhamował przez kombinację ryzyka stagflacji, osłabienia rupii oraz wspomnianej hossy na spółkach technologicznych w innych częściach Azji. Do czasu zakończenia konfliktu na Bliskim Wschodzie i osiągnięcia szczytu wydatków na AI, indyjski parkiet będzie skazany głównie na rotację krajowego kapitału w segmencie małych i średnich spółek.
Koniec ery taniego kodu, czyli AI uderza w fundamenty indyjskiego IT
Gwałtowny odpływ kapitału wiąże się z jeszcze jednym, niezwykle ryzykownym dla Indii zjawiskiem, a mianowicie rewolucją w sposobie tworzenia oprogramowania. Przez dekady, to właśnie Delhi budowało swoją pozycję jako globalne "zaplecze technologiczne", opierając się na milionach informatyków realizujących zlecenia dla zachodnich korporacji, po powiedzmy sobie szczerze "konkurencjnych" cenach, żeby nie powiedzieć głodowych.
Indyjski model biznesowy, bazujący dotychczas na masowym dostarczaniu taniej siły roboczej do prostego kodowania, testowania i utrzymania systemów IT, staje się w dużej mierze powoli przestarzały. Generatywna sztuczna inteligencja potrafi dziś automatyzować te zadania za ułamek kosztów i w ułamku sekundy, a to z kolei dla inwestorów to jasny sygnał, że jeśli tamtejsza branża nie przejdzie błyskawicznej transformacji – od dostarczania rutynowych usług do zaawansowanej inżynierii i doradztwa, to indyjski rynek pracy czeka potężny wstrząs, a sam kraj może na lata wypaść z technologicznego wyścigu zbrojeń. I to własnie się dzieje i dziać będzie.
Oprac. AO































































