Związek Polskiego Leasingu alarmuje o procederze, w którym osoby o dobrej zdolności kredytowej są nakłaniane do leasingowania drogich samochodów na potrzeby grup przestępczych. Auta trafiają za granicę, a klienci zostają z długami i problemami prawnymi.


Schemat jest prosty. Pośrednicy działający poza oficjalnymi kanałami sprzedaży firm leasingowych wyszukują osoby o stabilnych dochodach i pozytywnej historii kredytowej — przedsiębiorców, lekarzy, specjalistów IT, menedżerów. Proponują im zawarcie umowy leasingu na samochód wysokiej wartości w zamian za obiecany „dochód pasywny". Auto ma trafić do kogoś innego, a klient — po prostu inkasować pieniądze.
W rzeczywistości pojazdy, najczęściej marek premium i sportowych, są niemal natychmiast wywożone z Polski. Trafiają do wypożyczalni kontrolowanych przez grupy przestępcze, gdzie są intensywnie eksploatowane, rozbijane albo całkowicie niszczone. Część aut ląduje w kontenerach wysyłanych do Afryki Północnej. Zdarza się też, że wykorzystuje się je bezpośrednio w działalności kryminalnej.
Mechanizm opiera się zazwyczaj na leasingu finansowym z wysokim udziałem własnym i krótkim okresem finansowania. Chodzi o to, żeby „przepuścić" drogie auto przez firmę klienta w ciągu kilku miesięcy, omijając płatność gotówkową.
Problem w tym, że klient podpisujący umowę ponosi pełną odpowiedzialność. Nie ma kontroli nad pojazdem, nie wie, gdzie się znajduje ani kto nim jeździ. Przekazując auto osobom trzecim bez zgody leasingodawcy, narusza warunki umowy. Gdy dojdzie do szkody lub kradzieży — ubezpieczyciel odmawia wypłaty odszkodowania. A jeśli samochód zostanie zniszczony, zatrzymany przez policję albo skonfiskowany, cały dług leasingowy i tak zostaje po stronie klienta.

Ryzyko wykracza daleko poza finanse. Udział w takim procederze może oznaczać uwikłanie w postępowanie karne, zarzuty związane z praniem pieniędzy, a nawet wątek sankcyjny — jak w jednym z opisywanych przez ZPL przypadków, gdy leasingowany Mercedes trafił na rynek rosyjski.
Trzy przypadki, jeden schemat
ZPL podaje konkretne przykłady. Klientka prowadząca zwykłą działalność gospodarczą została namówiona do sfinansowania sportowego Audi RS wartego ok. 400 tys. zł. Samochodu nigdy nie odebrała — wszystkie formalności załatwiały osoby trzecie. Po pięciu miesiącach zgłosiła możliwą kradzież, ale nie potrafiła wskazać miejsca zdarzenia. Organizatorzy przestali płacić raty, ubezpieczyciel odmówił odszkodowania. Kobieta musi spłacić całe zobowiązanie i bierze udział w postępowaniu prokuratorskim.
W innym przypadku klient z dobrą zdolnością kredytową sfinansował niemal nowe Audi A6, które miało trafić do wypożyczalni. Po kilku miesiącach auto rozbito. Ubezpieczyciel ustalił, że cena zakupu znacząco odbiegała od wartości rynkowej, a dekodowanie VIN wykazało uboższe wyposażenie niż deklarowane.
Trzeci przykład dotyczy klienta, który miał jedynie „użyczyć" firmy do zakupu luksusowego Mercedesa. Leasing miał być spłacony w trzy miesiące, gotówkę na udział własny przekazano mu z góry. Samochodu nigdy nie zobaczył — wyjechał z kraju niemal natychmiast. Umowę formalnie zakończono, klient dostał obiecane pieniądze, ale został wciągnięty w wątek sankcyjny, bo auto było przeznaczone na rynek rosyjski.
Na co należy uważać?
Firmy leasingowe apelują o ostrożność wobec ofert „pasywnego dochodu" opartego na leasingu. Czerwona lampka powinna się zapalić, gdy nieznany pośrednik wie dużo o sytuacji finansowej potencjalnej ofiary i proponuje sfinansowanie pojazdu, którego ta osoba realnie nie potrzebuje. Zasada jest prosta: jeśli oferta brzmi jak szybki sposób na wysoki dochód bez ryzyka — najprawdopodobniej jest elementem przestępczego schematu.




























































