Jaki kierunek studiów wybrać? W których zawodach będzie praca za 5 lat? Którzy absolwenci zarabiają najwięcej? Itd. itp. Tym tematem zamęczani jesteśmy średnio dwa razy w roku: po maturach i przy okazji rozpoczęcia roku akademickiego.
Nie jestem ekspertem od rynku pracy ani od doradztwa zawodowego. Ale jako ekonomista od dekady – i jako nieekonomista od dwóch dekad - obserwuję polski rynek pracy i pewne wnioski potrafię wyciągnąć. Także z własnych doświadczeń.
Gdy kończyłem szkołę podstawową, internet w Polsce stawiał pierwsze kroki i nikomu nie śniło się, że na wypisywaniu w nim większych lub mniejszych bzdur będzie można zarabiać pieniądze. Że gracze komputerowi będą nie tylko kosić dobrą kasę, ale też staną się idolami młodzieży. Wówczas rodzice i nauczyciele uważali czas poświęcony na gry komputerowe za czas stracony.
Była to era kultu „wyższego wykształcenia”. Zamykano technika i zawodówki, masowo wysyłając całe roczniki na „wyższe uczelnie”. Jakoś tak nikt nie miał refleksji, że porządna szkoła zawodowa lub techniczna to dla wielu lepszy pomysł na przyszłość niż Państwowa Wyższa Szkoła Gotowania na Gazie z filią w Sieradzu (nic nie mam do Sieradza, sieradzan proszę o wybaczenie mi tego przykładu).
Zatem domyślną ścieżką „kariery edukacyjnej” był wybór liceum a potem studiów. Wszyscy tak mówili: nauczyciele, rodzice, eksperci, dziennikarze, urzędnicy. I oczywiście wszyscy się mylili! Gdybym wtedy wybrał zawodówkę, dziś byłbym mechanikiem, glazurnikiem albo elektrykiem i po kilku latach zbierania doświadczenia w kraju pracowałbym w UK lub w RFN za stawki kilkukrotnie wyższe od naszej „średniej krajowej” (zresztą i tak nieosiągalnej dla ponad 70% pracujących).
Poszedłem jednak do „renomowanego liceum” w dużym polskim mieście. Czego się tam nauczyłem? Raczej niewiele. Za to miło spędzałem czas przy piwie i brydżu w towarzystwie inteligentnych ludzi. Po czterech latach „nauki” (okraszonych „reformą edukacji”, dzięki której jeszcze w lutym nie wiedziałem, jak będzie wyglądał egzamin maturalny) stanąłem przed kolejnym wyborem.
Przeczytaj także
Do czego wówczas zachęcano młodych ludzi? Nie zgadniecie – najpopularniejszymi kierunkami były „zarządzanie i marketing”, prawo oraz wszelkiej maści politologie i stosunki międzynarodowe. Czyli masowe wytwórnie sfrustrowanych magistrów mających przekonanie o swoim wybitnym wykształceniu i nierzadko niemogących znaleźć lepszej roboty niż call center, kasa w Biedronce czy przedstawiciel handlowy (nic nie ujmując tym profesjom, ale studia raczej nie są potrzebne, aby je uprawiać).
A wiecie, do czego wówczas zniechęcano najbardziej? Do budownictwa! Pamiętacie, co stało się później? W Polsce rozpoczął się boom budowlany – inżynierów po Polibudzie przyjmowano z pocałowaniem ręki, na starcie za całkiem niezłe pieniądze. Brakowało także ludzi znających się na produkcji, logistyce czy energetyce. Jednym z najbardziej pogardzanych kierunków było za to leśnictwo – teraz leśnicy otwierają listę najlepiej opłacanych zawodów w zestawieniu Głównego Urzędu Statystycznego.
Dziś mamy boom na programistów, informatyków i wszelkiej maści biotechnologów czy innych znawców ekologii. Taka moda. Idę o zakład, że za kilka lat rynek zaleje fala absolwentów tych kierunków, a zmiany technologiczne i gospodarcze doprowadzą do spadku zapotrzebowania na te profesje. I znów setki tysięcy młodych ludzi zostanie wyrolowanych. Jak zwykle.
Jakie stąd wnioski?
Po pierwsze, nie słuchaj starszych! Oni na ogół niewiele wiedzą. Z reguły nie orientują się, kogo aktualnie brakuje na rynku pracy, a już kompletnie nie mają pojęcia, kto będzie potrzebny za lat 5 czy 10. Tego nikt nie wie, na czele z ekspertami. Po drugie, nie ulegaj modzie! Jeśli słyszysz, że przyszłość mają tylko programiści, a nie radzisz sobie z prostymi zadaniami z matmy, to nie zmuszaj się do studiowania informatyki. Nawet jeśli namawiają do tego rodzice, nauczyciele i cała reszta. Po trzecie, ignoruj wszelakich Wujków Dobra Rada! Bo nie dość, że zazwyczaj wiedzą niewiele, to jeszcze radzą na cudzy koszt. Same „dobre rady” nic ich nie kosztują.
Przeczytaj także
Po czwarte, nie daj się sterroryzować przymusem posiadania „wyższego wykształcenia”. Masowość studiowania sprawiła, że dramatycznie obniżył się poziom nauczania, a tytuł magistra może uzyskać każdy. Z tego powodu na ogół nie przejawia on żadnej wartości na rynku pracy. Chcesz zostać programistą? Proszę bardzo, naucz się programować w jakimś języku. Ale na co ci dyplom z informatyki? Rynek weryfikuje talenty i umiejętności, a formalne tytuły mało kogo obchodzą.
Po piąte, rób to, co lubisz. Skoro nikt nie wie, jakie umiejętności będą potrzebne za lat pięć, to może lepiej ćwiczyć te, które lubisz lub do których masz predyspozycje? Interesujesz się procesami zachodzącymi na dnie mórz i oceanów? Idź na oceanografię. Lubisz patrzeć w gwiazdy? Wybierz astronomię. I nie przejmuj się utyskiwaniem matki czy ojca, że „po tym nie będziesz miał pracy”. Na rynku nie ma większego znaczenia, jaki kierunek studiów skończyłeś. Ważne jest, co potrafisz i jak szybko uczysz się nowych rzeczy.
Po szóste, ryzyko popłaca! To jest najlepszy czas na popełnianie błędów i zaliczenie niepowodzeń. To czas na zarobienie pierwszych pieniędzy (może na niemieckich szparagach), podróże, uprawianie sportu czy hobby. Następną taką okazję będziesz miał na emeryturze – jeśli w ogóle ją sobie wypracujesz (i raczej nie licz tu na państwo i ZUS). Może brzmi to tandetnie, ale wszelkie błędy popełnione w młodości później procentują, a zdobytego w ten sposób doświadczenia nie zapewni nawet najlepszy uniwersytet.
Po siódme – zamiast „aplikować” o pracę lub staż w korporacji, może warto rozważyć założenie własnego biznesu? I wcale nie musi to być modny ostatnio technologiczny start up. Nie trzeba mieć pomysłu na napęd antygrawitacyjny, aby otworzyć firmę. Budka z lodami lub punkt naprawy rowerów też pozwalają zarobić. W najgorszym wypadku zaliczysz szybkie bankructwo i powrót w matczyne pielesze. A nabyte doświadczenie zaprocentuje. Poza tym łatwiej jest zaryzykować otwarcie własnej działalności, gdy nie ma się rodziny i wysokich kosztów utrzymania.
Zatem myśl samodzielnie i nie słuchaj ględzenia starszych. Niestety, mądrość nie przyrasta wraz z wiekiem. Pamiętaj, że większość na ogół nie ma racji i że działasz na własny rachunek i własne ryzyko. A jeśli ktoś urządzi Ci życie, to zapewne nie będzie to życie, jakiego byś chciał.
Powodzenia!





























































