Współczesny system monetarny jest oparty o kreację kredytu. Pieniądz jest długiem produkowanym przez system bankowy pod przywództwem banku centralnego. Przez poprzednie 15 miesięcy masa pieniędzy trafiła „do ludzi”, co odbyło się kosztem przyrostu długu publicznego.


Odpowiedzią władzy na pandemię Covid-19 był mix polityki fiskalnej, monetarnej i represyjnej. Światu narzucono mniej lub bardziej dolegliwy lockdown, łagodzony bezprecedensowymi transferami z budżetów i agend rządowych do firm i obywateli. Były to wszelkiej maści „tarcze”, gwarancje długu, dopłaty do zatrudnienia, zasiłki i inne transfery socjalne. To wszystko było finansowane nie z podatków (bo wpływy z tychże mocno spadły), ale z emisji nowego długu państwowego mniej lub bardziej pośrednio monetyzowanego przez banki centralne.
Ile przybyło pieniędzy?
Schemat na całym świecie był bardzo podobny. Różnice dotyczyły skali oraz dystrybucji fiskalno-monetarnych środków osłonowych dla polityki lockdownu. W przypadku Polski rąbka tajemnicy uchylają comiesięczne statystyki podaży pieniądza publikowane przez Narodowy Bank Polski. Stąd możemy się dowiedzieć trzech rzeczy:
Zobacz także
1) Jakie jest tempo (i ilość) kreacji pieniądza
2) Do jakiego sektora trafiły nowe pieniądze
3) Na czyj koszt zostały wykreowane – tj. kto się zadłużył
Od początku marca 2020 do końca maja 2021 roku podaż pieniądza M3 w Polsce wzrosła o 292,6 mld złotych, osiągając poziom 1,82 bln zł. Przyrost o 18,5% w ciągu nieco ponad roku to naprawdę dużo, ale jeszcze nie jest to rekord świata. Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych agregat M2 rósł w tempie przeszło 25% rocznie. Polską specyfiką był za to bardzo szybki przyrost ilości fizycznej gotówki w obiegu – wartość nominalna banknotów i monet zwiększyła się aż o 44,8% przez poprzednie 15 miesięcy.
Do kogo trafiła świeża gotówka?
W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że nowo wydrukowane banknoty Narodowego Banku Polskiego trafiły po prostu… do ludzi. Przedsiębiorstwa współcześnie raczej nie trzymają w sejfach papierowej gotówki, podobnie jak banki czy inne instytucje finansowe lub władze publiczne.
Z kolei bardzo dużo pieniądza niematerialnego – bo niemal 219 mld zł – przybyło na rachunkach bankowych gospodarstw domowych. Przy czym część tych środków pochodziła z masowo likwidowanych (bądź nieprzedłużanych) lokat, z których Polacy po lutym 2020 wycofali ponad 115 mld zł. I trudno się temu dziwić, skoro na skutek decyzji Rady Polityki Pieniężnej, która ponad rok temu obniżyła stopy procentowe do zera, banki na lokatach płacą niewiele więcej niż 0%. Można się co najwyżej zastanawiać, kim są ci, którzy na tych praktycznie nieoprocentowanych lokatach wciąż trzymają prawie 160 mld zł.
Drugą grupą podmiotów, które przygarnęły świeży pieniądz był sektor przedsiębiorstw . Firmy przerażone zwłaszcza pierwszym lockdownem zaczęły gromadzić „gotówkę”, co było widoczne zwłaszcza w okresie marzec-listopad 2020. To także efekt rządowej „Tarczy”, w ramach których przedsiębiorstwa otrzymywały częściowo bezzwrotne w zamian za utrzymanie stanu zatrudnienia. W ten sposób na rachunkach przedsiębiorstw niefinansowych przybyło 106,5 mld zł. Przy czym od tej kwoty trzeba odjąć 28 mld zł, jakie firmy wypłaciły z bankowych lokat.
I kto to za to zapłaci?
Współcześnie każda forma pieniądza jest czyimś zobowiązaniem. Pod względem formalnym banknoty i monety są bezterminowym zobowiązaniem banku centralnego. Natomiast drugą stroną medalu bankowego depozytu jest czyjeś zobowiązanie wobec banku. I tu sytuacja jest jeszcze ciekawsza.
Otóż, zadłużenie sektora prywatnego w maju było prawie takie same jak przed marcem 2020. Bankowe długi gospodarstw domowych zwiększyły się o 21 mld zł, czyli tylko o 2,7%. Prawie o tyle samo (tj. o 20,2 mld zł) zmalało zadłużenie przedsiębiorstw niefinansowych, co łącznie daje prawie zerową zmianę zadłużenia sektora prywatnego.
Za to potężny przyrost zadłużenia odnotowano po stronie instytucji rządowych szczebla centralnego, które zwiększyły swoje zobowiązania z tytułu emisji papierów wartościowych aż o 161 mld zł. Netto był to przyrost zadłużenia o ponad 73 mld zł. Drugą kategorią, w której odnotowano silny przyrost długów, były „pozostałe instytucje finansowe”, czyli Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Polski Fundusz Rozwoju. Te dwie państwowe agendy zwiększyły zadłużenie o 62,7 mld zł. To w ten sposób sfinansowano antycovidowe „Tarcze”.
W rezultacie otrzymujemy nieco kuriozalną sytuację. Rząd i jego agendy zadłużył nas podatników po to, aby wpompować pieniądze na rachunki przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. W skali makro mamy zatem więcej pieniędzy, lecz równocześnie wszyscy jesteśmy obciążeniami dodatkowymi długami Skarbu Państwa (lub przez niego gwarantowanymi), które w przyszłości będziemy spłacać poprzez wzrost (przynajmniej w ujęciu nominalnym) podatków. Cała zabawa polega na tym, że nie każdy skorzystał z rządowych „Tarcz”, ale każdy będzie musiał za nie zapłacić. Co więcej, każdy zapłaci w innym stopniu, ponieważ nie wiemy, jak w przyszłości będą rozkładać się zobowiązania podatkowe.
Efekt tego wszystkiego jest taki, że władza obawiając się ekonomicznego Armagedonu zalała gospodarkę pieniędzmi, a rzeczywistość okazała się nie aż tak tragiczna. Teraz trwa spektakularne ożywienie gospodarcze, ale uchwalone programy pomocowe i inwestycyjne są już nie do cofnięcia. Tak samo jak finansująca je ekspansja monetarna. Czas więc, aby polityka fiskalna i monetarna zajęła się wreszcie tłumieniem wywołanej przez siebie inflacji oraz okiełznała przyrost długu publicznego.





























































