
Antyjapońskie protesty przed ambasadą Japonii w Waszyngtonie, EPA/MICHAEL REYNOLDS
Zaczęło się od ostrej reakcji Chin na posunięcie rządu Japonii, który od prywatnych japońskich właścicieli odkupił część wysp Senkaku. Niezamieszkałe i skaliste wysepki na Morzu Wschodniochińskim są przedmiotem sporu pomiędzy Chinami, Japonią i Tajwanem. W ostatnich latach tarcia się nasiliły, czego przyczyną zapewne są pokaźne złoża surowców drzemiące w okolicach.
Zakup wysp przez rząd Japonii wywołał „spontaniczną” falę protestów w chińskich miastach. Przy biernej postawie policji Chińczycy niszczyli samochody japońskiej produkcji, demolowali japońskie restauracje i centra handlowe. Na pracujących w ChRL Japończyków padł strach, a niektóre japońskie koncerny zdecydowały się wstrzymać produkcję w chińskich fabrykach. Stanęły m.in. zakłady Hondy, Mazdy i Canona. Panasonic poinformował, że w jednej z jego fabryk doszło do sabotażu ze strony chińskich pracowników. Produkcję wstrzymano.
| »Chińskie okręty u wybrzeży spornych wysp |
Czy dojdzie do wojny handlowej?
Mimo ostrych reakcji władz w Pekinie konflikt militarny pomiędzy Chinami a Japonią jest skrajnie nieprawdopodobny, choćby ze względu na postawę USA i Rosji. Ale już mniej lub bardziej ograniczonej wojny handlowej na linii Tokio-Pekin nie można wykluczyć. Antyjapońskie nastroje w Chinach są faktem i komunistyczne władze nawet nie muszą się wysilać, aby ludzie wyszli na ulice. Zwłaszcza że dokładnie dziś (18. września) przypada 81. rocznica tzw. incydentu w Mukdenie, który posłużył Japończykom za pretekst do zbrojnej interwencji i wieloletniej okupacji Mandżurii. Chińczycy nie potrafią też zapomnieć o japońskiej agresji i 13-letniej wojnie, która pochłonęła życie 20 mln ich rodaków.
| » Japońskie koncerny zawieszają produkcję w Chinach |
Jeśli władze ChRL w porę nie opanują antyjapońskich wystąpień i nadal będą przyzwalały na szkodzenie japońskim firmom, to straty poniosą wszyscy. Koncerny z Kraju Kwitnącej Wiśni mogą rozważyć opuszczenie Chin, co dla Państwa Środka byłoby potężnym ciosem wizerunkowym. Do tej pory Chiny cieszyły się świetną opinią wśród zagranicznych inwestorów m.in. z powodu stabilności politycznej i bezpieczeństwa zapewnianych przez totalitarny reżim. Pekin nie może sobie pozwolić na utratę tego atutu.
W zglobalizowanym i coraz bardziej konkurencyjnym świecie trudno sobie wyobrazić, aby druga i trzecia gospodarka świata wypowiedziały sobie wojnę handlową. Straty poniósłby cały świat, bo dla współczesnych przedsiębiorstw granice państwowe nie są barierą dla globalnego łańcucha dostaw. Naciski szefów wpływowych korporacji zapewne okażą się silniejsze od nacjonalistycznych resentymentów części Chińczyków.
W biznesie nie ma miejsca na sentymenty
| » Japońskie firmy płacą za bunt dużymi spadkami |
Niemniej obecne incydenty są sygnałem, którego nie należy ignorować. Coraz bardziej ekspansywna polityka zagraniczna Chin i otwarte manifestowanie siły militarnej świadczy o rosnącym potencjale i ambicjach Pekinu. Państwo Środka spiera się o granice z Indiami, Japonią, Filipinami i Wietnamem, rozbudowuje flotę (ostatnio wzbogacili się o pierwszy lotniskowiec) i prowadzi faktyczną kolonizację Afryki.
W ciągu zaledwie trzech dekad Chiny z maoistowskiego żebraka przekształciły się w drugą potęgę gospodarczą świata, chcącą rywalizować ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją i Europą. Nawet jeśli przeinwestowana i przekredytowana gospodarka Chin przeżyje załamanie podobne do japońskiego sprzed dwóch dekad, to Państwo Środka pozostanie istotnym graczem na arenie międzynarodowej. Do tego predestynują je historia, potencjał gospodarczy, ludnościowy i terytorialny.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl






























































