Wybory prezydenckie dobitnie pokazały, że cisza wyborcza jest niepotrzebnym i nieskutecznym reliktem XX wieku, zupełnie nieprzystającym do czasów powszechnego internetu i mediów społecznościowych. Użytkownicy Twittera przez cały dzień informowali o wynikach sondaży exit poll, które, za sprawą chorego prawa, szeroka opinia publiczna poznała dopiero o 22.30.


Budyń i bigos - czyli pseudonimy, za którymi kryli się Andrzej Duda i Bronisław Komorowski - królowały wczoraj na wyborczym stole. Za sprawą dziennikarzy, którym udało się dotrzeć do wyników sondaży exit poll, bieżącą sytuację na prezydenckim "bazarku" znali m.in. użytkownicy Twittera, skąd wieści rozlewały się na cały internet. Równocześnie, oficjalnie żadna telewizja, radio czy portal informacyjny nie miały prawa jasno powiedzieć Polakom: "Prowadzi Duda, strata Komorowskiego to kilka punktów procentowych". W wyborczej farsie uczestniczyli politycy, cenieni dziennikarze i komentatorzy, po raz kolejny udowadniając, że polskie prawo istnieje tylko teoretycznie.

W pułapkę ciszy wyborczej wpadli również polscy dyplomaci ze Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z przepisami komisje są zobowiązane do opublikowania wyników głosowania w swoim lokalu po podliczeniu rezultatów. Jako że głosowanie w Chicago zakończyło się wcześniej, na stronie internetowej konsulatu wyniki pojawiły się przed zamknięciem lokali wyborczych w Polsce. Gdy ta informacja rozeszła się po polskich mediach, komunikat zniknął z sieci.
Tymczasem Państwowa Komisja Wyborcza zadecydowała o przedłużeniu ciszy wyborczej. W Kowalach, gdzie uprawnionych do głosowania było 536 osób, w związku ze śmiercią 80-latki przedłużono możliwość głosowania o 1,5 godziny, co spowodowało przedłużenie ciszy wyborczej w skali kraju do 22.30. Z prawa do oddania głosu po 21 skorzystało 15 osób. Jaki jest zatem sens opóźniania publikacji sondażowych wyników, na które czeka przynajmniej kilkanaście milionów Polaków? Jak duży byłby ich wpływ na decyzję mieszkańców Kowal i wyniki wyborów w skali całego kraju?
Inną kwestią jest sprawa publikacji tekstów dotyczących wyborów - które łamią ciszę wyborczą, a które nie? Co jest agitacją, a co informacją? Co z artykułami opublikowanymi przed rozpoczęciem ciszy, ale promowanymi na stronach głównych największych portali informacyjnych w dzień wyborów?

Wbrew pozorom problem nie dotyczy tylko mediów – na co możemy sobie pozwolić na naszych prywatnych kontach na Facebooku? Czy organy ścigania zajmą się tysiącami przypadków zachęcania przez osoby prywatne do głosowania na danego kandydata przy pomocy zdjęć, memów i jednoznacznych aluzji? Czy w ogóle powinny się tym interesować?
Cisza wyborcza w czasach powszechnego internetu przerodziła się w farsę, z którą trzeba jak najszybciej skończyć. Otwarte pozostaje pytanie, czy i jak prawo powinno chronić głosujących przed nachalną propagandą w dzień wyborów. Wiele krajów radzi sobie bez ciszy wyborczej, w zamian ograniczając agitację w pobliżu lokali wyborczych. Polska również powinna się dostosować do realiów XXI wieku i zrezygnować z bezsensownego reliktu czasów sprzed Twittera i Facebooka.




























































