Pokerowa licytacja między USA a Chinami wchodzi w decydującą fazę. Kto pierwszy spasuje? A może któraś ze stron sprawdzi blef przeciwnika?
Podobnie jak przed kilkoma dniami i tym razem prezydent USA nie musiał długo czekać na odpowiedź Chin na zapowiedź obłożenia dodatkowymi cłami kolejnych 100 mld dolarów importu rocznie. Tym razem Chińczycy wstrzymali się z jasnym ogłoszeniem analogicznych regulacji i stwierdzili, że poczekają na listę towarów, które miałyby zostać objęte nowymi sankcjami. - Gdy lista ujrzy światło dzienne, Pekin odpowie błyskawicznie - zapowiedział rzecznik chińskiego ministerstwa handlu cytowany przez Bloomberga. I dodał, że w obecnych warunkach nie może być mowy o negocjacjach między stronami.
To już kolejna runda licytacji prowadzonej przez dwie największe gospodarki świata. I zupełnie jak w profesjonalnym pokerowym pojedynku stawki rosną. Zaczęło się od podwyżki ceł na stal i aluminium wprowadzonej przez USA (wartość importu z Chin to 3 mld dolarów rocznie), na co Chiny odpowiedziały nałożeniem nowych obciążeń na 128 produktów wytwarzanych za Oceanem (wartość importu z USA to 3 mld dolarów rocznie). Potem Waszyngton podbił stawkę aż o 50 mld dolarów (ponad 1300 produktów), na co Pekin znów odparł: "sprawdzam" i po raptem kilku godzinach również zapowiedział zwiększenie ceł w przypadku 106 importowanych rodzajów produktów o podobnej wartości. Tak szybka i mocna odpowiedź była zaskakująca, więc dziś Trump zrewanżował się tym samym i równie szybko i mocno zaskoczył sugestią kolejnego "podbicia". Chińczycy zdecydowali, że odpowiedzą, gdy zobaczą "zakład" na stole.
Jeżeli najnowsze proponowane przez Trumpa regulacje wejdą w życie, dodatkowymi cłami zostanie obłożone ok. 30 proc. amerykańskiego importu z Chin (150 z 500 mld dolarów). Z kolei taka sama odpowiedź Pekinu oznaczałaby, że nowe taryfy obejmą cały chiński import z USA. Obawy wielu analityków, że Chiny nie importują tak dużo ze Stanów, by móc odpowiedzieć Waszyngtonowi z równą mocą, mogą okazać się płonne - wystarczy oprzeć się na statystykach chińskich, z których wynika, że wartość importu z USA to ok. 150 mld dolarów (a nie 130 mld jak podają Amerykanie). Nie trzeba chyba wspominać, że taka decyzja miałaby katastrofalne skutki, więc być może Pekin ogłosi inne retorsje.
Wiele osób twierdzi, że nie mamy jeszcze do czynienia z wojną handlową, ponieważ cła zostały dopiero zapowiedziane, a nie wprowadzone w życie (z wyjątkiem pierwszej "paczki" o wartości 3 mld dolarów) i Donald Trump po prostu prowadzi twarde negocjacje z Pekinem, który również pozostaje nieugięty. Sam prezydent USA twierdzi, że Stany już dawno przegrały wojnę handlową z Państwem Środka.

We are not in a trade war with China, that war was lost many years ago by the foolish, or incompetent, people who represented the U.S. Now we have a Trade Deficit of $500 Billion a year, with Intellectual Property Theft of another $300 Billion. We cannot let this continue!
— Donald J. Trump (@realDonaldTrump) 4 kwietnia 2018
Debata o samym haśle jest jednak sprawą wtórną - to, czy i kiedy wybuchła wojna handlowa między USA a Chinami, będzie można rozstrzygnąć dopiero z perspektywy czasu. Na pewno konflikt wyraźnie zaostrzył się w ostatnich miesiącach, choć przecież tak naprawdę obie strony posuwały się do stosowania bardziej i mniej jawnych środków protekcjonistycznych od lat. Teraz zupełnie otwarcie wymieniają coraz silniejsze ciosy, m.in. zapowiadając zwiększenie taryf na ogromną część importu.
Trudno jednak liczyć na to, że któraś ze stron "spasuje" - ani Donald Trump ze swoim wieloletnim poglądem na deficyt handlowy USA, rosnącą potęgę Chin oraz, co niemniej ważne, potężnym ego i politycznym wizerunkiem twardego gracza, ani Xi Jinping, stawiający na "renesans" narodu chińskiego przywódca kraju, w którym "twarz" ma gigantyczne znaczenie, a znaczące ustępstwa wobec USA byłyby potraktowane jako jej utrata. Być może dojdzie do drobnych ustępstw, a zaogniona rywalizacja między mocarstwami przeniesie się częściowo z frontu handlowego na inny. Bo gdyby obecne zapowiedzi weszły w życie, mielibyśmy do czynienia z globalną katastrofą gospodarczą.
Cła są tylko najbardziej widowiskową metodą na uprzykrzenie życia "przeciwnikowi". Konflikt wychodzi poza proste ramy importu i eksportu - taryfy są mniej skuteczne niż np. ograniczenie chińskich inwestycji w USA czy eksportu (nie importu, na który nakłada się nowe taryfy) zaawansowanych produktów ze Stanów za Mur. Także Chińczycy mają szeroki arsenał potencjalnych retorsji - od utrudniania funkcjonowania amerykańskich firm na rynku Państwa Środka przez rozwiązania atomowe, o których szerzej pisaliśmy w tekście "5 ciosów Chin w USA".
W czasach globalnych łańcuchów produkcji i korporacji transnarodowych wojna handlowa ma zupełnie inny zasięg niż przed 100 laty. Cła są nakładane na import z Chin do USA i vice versa, więc obejmują choćby produkty wytwarzane przez niemieckie firmy (których poddostawcami są np. firmy polskie) za Murem a sprzedawane za Ocean, a także komponenty sprowadzane z Chin i przetwarzane przez amerykańskie firmy na potrzeby rynku krajowego (tańsze towary dla konsumentów) czy eksportu (poprawa bilansu handlowego). W efekcie ofiarami stają się nie tylko zwykli mieszkańcy, ale i rodzime przedsiębiorstwa. Nadzieją jest zastąpienie droższego (na skutek ceł) importu przez towary z innego państwa. Często jest to jednak bardzo trudne w krótkim terminie (znalezienie nowego partnera, negocjacje kontraktów, kwestie norm jakości itd.), a nawet w dłuższym (np. Brazylia nie produkuje tyle soi i nie jest w stanie tak zwiększyć produkcji, by import z USA do Chin mógł zostać ograniczony do 0).
Maciej Kalwasiński































































