W lutym Stany Zjednoczone odnotowały największy deficyt handlowy od blisko dekady. Rosnąca nadwyżka importu nad eksportem chyba najlepiej tłumaczy desperackie ruchy waszyngtońskiej administracji, która ruszyła na wojnę handlową z Chinami. [Aktualizacja] Nad ranem czasu polskiego Trump zapowiedział, że chce potroić cła nałożone na Chiny.


Amerykański prezydent uzasadnił konieczność potrojenia odwetowych ceł z 50 mld dolarów USA USD do 150 mld USD wartości nałożonych na chińskie produkty eksportowane z ChRL do Stanów Zjednoczonych "nieuczciwą retorsją Chin w reakcji na wprowadzenie w ubiegłym tygodniu przez władze amerykańskie odwetowych ceł na produkty chińskiego eksportu do USA wartości 50 mld USD.
Prezydent Trump, grożąc w późnych godzinach wieczornych czasu miejscowego w czwartek (nad ranem w piątek czasu polskiego) już po zamknięciu amerykańskich giełd papierów wartościowych, podwyższeniem odwetowych, amerykańskich ceł na chińskie produkty o wartości - dodatkowo - 100 mld USA, zapowiedział w celu uspokojenia wyborców w stanach farmerskich i inwestorów, że poleci szefowi resortu rolnictwa przedstawienie "planu, który pozwoli chronić naszych farmerów i interesy w sferze rolnictwa". Prezydent nie podał żadnych szczegółów nt. proponowanego planu.
ReklamaZobacz także
Sytuację po czwartkowej deklaracji Trumpa próbował uspokoić Robert Lighthizer, przedstawiciel USA ds. handlu, wskazując, że żadna z taryf nie zostanie wprowadzona natychmiast. "Żadne taryfy celne nie wejdą w życie, dopóki nie zostanie zakończony odpowiedni proces" - powiedział.
Chiny już tymczasem oświadczyły, że będą się przeciwstawiać protekcjonizmowi USA "do końca i za wszelką cenę" i chociaż nie chcą wojny handlowej to są gotowe do walki.
"Strona chińska będzie podążała do końca i za wszelką cenę, i zdecydowanie zaatakuje stosując nowe kompleksowe środki zaradcze, aby stanowczo bronić interesów narodu i mieszkańców Chin" - napisało na swojej stronie internetowej chińskie ministerstwo handlu.
Groźba potrojenia amerykańskich ceł na chińskie produkty - zdaniem ekspertów ekonomicznych - grozi eskalacją napięć w stosunkach handlowych pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem. Są one już teraz źródłem gwałtownych, dramatycznych wahań wartości akcji i kursów walut na giełdach światowych, jakie obserwujemy od kilku dni.
Groźba dodatkowych amerykańskich sankcji handlowych wobec Chin i prawie gwarantowany chiński odwet "zwiększają prawdopodobieństwo, że sprawy się zejdą z właściwej drogi i dojdzie do wojny handlowej" - ocenił cytowany na łamach dziennika "Wall Street Journal", William Reinsch, b. negocjator handlowy w administracji prezydenta Billa Clintona, a obecnie ekspert ekonomiczny waszyngtońskiego Ośrodka Studiów Strategicznych i Międzynarodowych.
„Nie pokazujcie Donaldowi tych danych” - ta fraza mogła dziś paść w Białym Domu. W lutym deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych pogłębił się do 57,6 miliardów dolarów wobec 56,7 mld USD w styczniu oraz 44,2 mld USD rok wcześniej. W ciągu 12 miesięcy amerykański deficyt powiększył się o 30 proc.
Przewaga wartości importu z Chin do USA nad wartością amerykańskiego eksportu do Chin wyniosła 29,3 mld USD. Był to rezultat o 18,6 proc. niższy niż w styczniu, ale zarazem o 20,2 proc. większy niż rok temu. Handel z Chinami odpowiada więc za przeszło połowę deficytu handlowego USA.
Ekonomiści byli nieco zaskoczeni rozmiarem nadwyżki wartości importu nad eksportem - rynkowy konsensus kazał spodziewać się deficytu rzędu 56,8 mld USD. Po raz ostatni USA odnotowało tak mocno ujemne saldo handlowe w październiku 2008 roku.
Przeczytaj także
Przez ostatnią dekadę dane o amerykańskim bilansie handlowym nie budziły większych emocji. Zmieniło się to dopiero niedawno. Po pierwsze, ponieważ na tapet wrócił znany z pierwszych lat XXI wieku problem tzw. podwójnego deficytu. Stany Zjednoczone notowały wówczas potężne deficyty fiskalne oraz rosnący deficyt handlowy. Choć po roku 2008 deficyt budżetowy Ameryki dosłownie eksplodował do ok. biliona dolarów rocznie, to przestano się nim przejmować. A deficyt handlowy został ograniczony.
Przeczytaj także
Lecz wygląda na to, że pod koniec 2017 roku sytuacja wymknęła się spod kontroli. Deficyt handlowy zaczął szybko rosnąć: z 45,3 mld USD we wrześniu do 57,6 mld USD w lutym. Jeśliby ze statystyk wyłączyć produkty naftowe - których Amerykanie w ostatnich latach stali się znacznymi eksporterami - to deficyt handlowy jest w wartościach nominalnych nawet głębszy niż w latach 2006-07.
Ponadto w styczniu weszła w życie reforma podatkowa Donalda Trumpa istotnie obniżająca stawki opodatkowania przedsiębiorstw. Tyle że cięciom podatków nie towarzyszyły cięcia wydatków. Te ostatnie Trump wręcz zwiększył. W rezultacie ostrożne szacunki mówią o kwocie 1,5 biliona dolarów deficytu fiskalnego w ciągu dekady.
Przeczytaj także
Po drugie, w marcu Donald Trump rozpoczął handlową krucjatę przeciwko Chinom. O ile jeszcze cła na importowaną stal i aluminium ostatecznie okazały się niewypałem, to ostatnie posunięcia były już jednoznacznie wymierzone w Państwo Środka. Taryfy mogą objąć ponad 1300 chińskich produktów, których import wyceniany jest na 50 mld dolarów rocznie. Pekin nie pozostał dłużny i błyskawicznie "odpłacił się" zapowiedzą wprowadzenia ceł na ok. 1/3 amerykańskiego importu do Chin.
Choć zarówno z Pekinu, jak i z Waszyngtonu płyną uspokajające komunikaty, to obecną sytuację trudno nazwać inaczej niż wojną handlową pomiędzy dwoma największymi gospodarkami globu. Po publikacji lutowego bilansu handlowego USA widać, o co toczy się gra: o liczone w miliardach zyski amerykańskich i chińskich korporacji oraz o setki tysięcy miejsc pracy po obu stronach Pacyfiku. Ofiarą wojny handlowej mogą paść konsumenci, którzy oszczędzają miliardy, kupując tańsze towary wyprodukowane poza USA. Zresztą nierzadko wytworzone poza granicami kraju przez amerykańskie koncerny.
Krzysztof Kolany Bankier.pl/ PAP tzach/ mars/


























































