„Gazecie Wyborczej” kolejny raz udał się cud marketingowy kreując w Polakach potrzebę zdobywania wiedzy. Co prawda zewnętrznej, takiej która dobrze wygląda na półce. Środowe wydanie gazety o 8 rano było już nie do zdobycia, nakład w wysokości 700 tys. egzemplarzy został wyprzedany do ostatniej sztuki. Agora, wydawca „Gazety Wyborczej”, już zapowiedziała dodruk pierwszego tomu encyklopedii.
To już druga tego typu akcja „Gazeta Wyborcza”, która od kilku miesięcy promuje czytelnictwo. Po dodawany darmowy egzemplarz książki Umberto Eco „Imię róży” do kiosków rzuciły się tłumy. Wielu ze szczęśliwych nabywców zagłębiło się w tajemnicze losy opactwa benedyktynów. Dużym zaskoczeniem było jednak to, że w kolejnych tygodniach, książki, za które trzeba już było zapłacić 15 zł kupowano równie chętnie. Okazało się, że naprawdę lubimy czytać, a wybór tytułów oraz dostępność książek dodawanych z gazetą sprawiły, że osoby czytające w tramwajach książki z serii „Gazety Wyborczej” stały się dość popularnym widokiem. Zapotrzebowanie zaskoczyło wydawcę i książki które zostały wydrukowane jako pierwsze musiano dodrukowywać, by zaspokoić ogromny popyt.
Agora pokazała, że książki nie muszą być drogie, że czytanie wciąż jest dobrym sposobem spędzania wolnego czasu. Wykazała wszystkie słabości naszego rynku księgarskiego, który nie zawsze potrafi traktować książki jako towar, który należy promować i na którym można zarobić.
Na pomyśle dodawania encyklopedii zyskają wszyscy. „Gazeta Wyborcza” która zarobi na sprzedaży, równocześnie kreując wizerunek medium elitarnego, dbającego o edukację Polaków. Zyska zapewne PWN który przygotował encyklopedię. Zarobią osoby przedsiębiorcze, które wykupywały dziesiątkami gazetę, by egzemplarze pierwszego tomu encyklopedii wystawić na aukcjach internetowych. Już w dniu publikacji gazety z pojawiły się w internecie oferty sprzedaży pierwszego tomu encyklopedii. Dziś jest już ich setki, co bardziej zapobiegliwi wystawiają do sprzedaży po 40-50 egzemplarzy. Zyskają także ci którzy nie potraktują tomów encyklopedii li tylko jako ładne wypełnienie półek, ale sięgną czasem do nich by poszerzyć swoją wiedzę.
Wątpliwości jedynie budzi, czy sprzedaż encyklopedii jest równie udanym pomysłem, jak sprzedaż książek. Większość osób nigdy nie dowie się czym jest Akjab, gdyż encyklopedia kieruje do hasła Sittwe, a wielu nie dotrwa do litery „S”. Z cyklu książek można było wybrać jedynie interesujące pozycje, natomiast posiadanie jedynie wybranych tomów encyklopedii ma już mniej sensu. Wielu odstraszy cena, która jest znacznie wyższa niż w przypadku książki.
A być może kupujący uświadomią sobie, że tak naprawdę ulegli jedynie owczemu pędowi, kupując coś, z czego nigdy nie skorzystają, w dodatku znacznie przepłacając. Niektórzy mogą uświadomić sobie, że za całość, za 20 tomów zawierających 100 tys. haseł trzeba zapłacić około 700 złotych. Encyklopedia Powszechna PWN, do której załączona jest wersja na płycie CD-ROM kosztuje poniżej 200 złotych. Faktycznie, ta encyklopedia posiada ledwie 80 tys. haseł. Ale za co tak naprawdę płacimy te dodatkowe 500 zł? Za 20 tys. haseł, czy by zaspokoić ogromną potrzebę posiadania jedynej w swoim rodzaju encyklopedii „Gazety Wyborczej”, którą wykreował w nas wyjątkowo sprawny dział marketingu.
Mirosław Chojnacki



























































