"Skupimy się na turystyce premium" - tak Sumnima Udas, przewodnicząca Komisji ds. Stosunków Międzynarodowych i Turystyki Izby Reprezentantów Nepalu podsumowała procedowaną właśnie ustawę o turystyce 2081. Ma ona pozwolić krajowi na dostosowanie się do pocovidowych warunków, a w praktyce - oznacza z jednej strony rozwój niedocenianych dziś części branży tj. wellness, ale i wzrost kosztów dla turystów.


Rząd zaznacza, że Nepal, posiadając taki fantastyczny potencjał, wciąż notuje zbyt niskie dochody z turystyki. Osoba odwiedzająca ten kraj wydaje średnio zaledwie 40 dol. dziennie (dla porównania ten sam podróżnik na Sri Lance zostawi ok. 148 dol.). Przy liczbie 1,1 mln turystów rocznie robi to znaczącą różnicę. Nic więc dziwnego, że administracja chce zwiększyć dochody z sektora turystycznego, a co za tym idzie - i wpływy do budżetu.
Nepal stawia na turystykę premium
Jak Nepal zamierza to osiągnąć? Przede wszystkim lepiej wykorzystać ogromne zasoby przyrodnicze i kulturowe. - Kraj nie może już polegać na tradycyjnych modelach trekkingu czy himalaizmu, by utrzymać tempo narzucone w turystyce przez konkurentów - zaznacza Udas.
Musimy przejść w stronę turystyki najwyższej jakości poprzez promowanie sektorów takich jak wellness, poszukiwanie wrażeń duchowych czy wykorzystanie nie tylko gór, ale i licznych rzek np. do kajakarstwa czy raftingu - dodaje. Do tego planuje także ściągnąć ekipy filmowe, by wybierały tutejsze lokacje.
Ma to proste przełożenie finansowe: turyści przyjeżdżający na standardowy trekking z noclegami w namiotach zostawiają w kraju mniej pieniędzy niż klienci hoteli kilkugwiazdkowych.
Chcesz zdobyć Everest? Musisz zapłacić fortunę
Nie sposób było ominąć przy tej okazji ustawy turystycznej Everestu. Obecnie koszt pozwolenia od Nepalu to około 15 tys. dolarów. Do tego dochodzą opłaty za oficera łącznikowego i depozyt za śmieci.

Projekt ustawy zakłada, że wspinacz, ubiegający się o wejście na najwyższą górę świata, będzie musiał udokumentować swoje wysokogórskiego doświadczenie, czyli pochwalić się zdobyciem innego szczytu lub osiągnięciem wysokości powyżej 7 tys. m n.p.m. Inna propozycja idzie nawet dalej, wymagając zdobycia ośmiotysięcznika. Ale to kryterium ograniczono geograficznie tylko do Nepalu.
By stanąć na Dachu Świata, osoba będzie musiała wziąć udział w dwóch wyprawach w tym kraju:
- przygotowawcza, na której uzyska pozwolenie na Everest,
- właściwa na Everest.
Przy spełnieniu tych warunków rachunek turystyczny rośnie i daje lekką ręką 100 tys. dolarów. Organizacja bowiem wyprawy na siedmiotysięcznik kosztuje teraz od 3 do 14 tys. dolarów, ale z pewnością wzrośnie, jeśli w grę będzie wchodziło pozwolenie na Everest i weryfikacja umiejętności wspinacza. Wyprawa na Dach Świata to z kolei od 45 tys. (tu zupełnie po kosztach bez jakichkolwiek udogodnień) do... "sky is the limit".
Przepisy pomijają doświadczenie wysokogórskie w innych częściach świata. Ustawodawcy bronią tego zapisu, wskazując po prostu na wiarygodniejszą (i nie ukrywajmy - łatwiejszą) dla administracji weryfikację krajowych wejść.
Rozważano także kwestię aukcji pozwoleń na wspinaczkę na Everest, a przynajmniej części z nich. Do tego rząd miałby ustalać maksymalną liczbę wejść na dany sezon i to nie tylko na królową Himalajów. Argumentowano, że co roku będzie brana pod uwagę popularność danej góry, przepustowość oraz zmiany pogodowe, wskazując, że w poprzednich latach zdarzały się korki, które kazały wspinaczom czekać na swoją kolej nawet w strefie śmierci. Jednak z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że w sezonie z niską liczbą dostępnych miejsc, ich ceny osiągnęłyby astronomiczne kwoty.
Everest jest już passé. Za wspinaczkę na K2 trzeba zapłacić krocie, a szanse na szczyt są niewielkie. "To gra w rosyjską ruletkę"
Mount Everest to niekwestionowany król Himalajów, do którego ustawiają się kolejki. Padł jednak ofiarą swojej popularności. Kto nie chce stać w godzinnej kolejce do szczytu, przenosi się na najbardziej zabójczą górę. Samo zezwolenie na wspinaczkę na K2 kosztuje średnio 48 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć koszty podróży, wynajmu przewodników i Szerpów.
Koniec z zagraniczną dominacją pod Everestem
O przydziale miejsc na lodowcu Khumbu, czyli miejscu, w którym położona jest główna baza pod Everestem (zwana Everest Base Camp, w skrócie EBC), decydować ma Departament Turystyki Nepalu, a więc to państwo powie dokładnie, gdzie kto ma robić swój namiot. Istnieje więc podejrzenie, że najlepsze miejsca trafia do tych, którzy nie będą "skąpić". Do tego cała obsługa wypraw ma mieć nepalskie obywatelstwo.
Do tego wszystkie transakcje finansowe związane z wyprawami mają być realizowane za pośrednictwem nepalskich banków.
Organizowanie i sprzedaż wypraw na Everest zostanie ograniczona tylko i wyłącznie do agencji zarejestrowanych w Nepalu. Nie będzie to fundamentalną zmianą, gdyż w praktyce i tak już zagraniczni organizatorzy korzystają z miejscowych firm.
Przeczytaj także
Przewodnicy górscy i tragarze zostać przez zatrudniających ich agencje ubezpieczeni (oczywiście tylko w nepalskich towarzystwach). Dodatkowo w ustawie mowa o minimalnych wynagrodzeniach i limit ładunku, jaki może przenosić jedna osoba. Nepalscy pracownicy mieliby także możliwość odmowy kontynuowania wyprawy w przypadku pogorszenia się pogody lub złego stanu zdrowia. Taka "niesubordynacja" ma nie mieć wpływu na ich zatrudnienie czy wynagrodzenie, co eliminuje naciski niezadowolonych klientów.
Drożyzna wypchnie wspinaczy do Tybetu?
Ustawa wciąż jest konsultowana. Zgłoszono już ponad 200 poprawek. Zdaniem Szczytomaniaka, jej ostateczny kształt powinien być znany przed następnym sezonem letnim 2027 roku. Jeśli wejdzie ona w tym kształcie, to ceny wejść w Himalaje wzrosną.
To wszystko może spowodować duży wzrost kosztów. Jak wskazują zachodnie firmy turystyczne, to wręcz wpycha wspinaczy w chiński Tybet, z którego także osiągną najwyższy szczyt świata.
Przeczytaj także
opr. aw

























































