Inwestowanie na chińskiej giełdzie nigdy nie było lekkie, ale w ostatnich dniach stało się sportem ekstremalnym. W środę indeks Shanghai Composite spadł o 5,22%, choć jeszcze godzinę przed końcem sesji tracił mniej niż pół procent.


To już piąta sesja z rzędu, gdy główny indeks chińskiej giełdy zmienia się o ponad 3%. We wtorek Shanghai Composite wzrósł o 5,5%, w poniedziałek spadł o 3,3%, a w piątek zanurkował o 7,4% po stracie niemal 3,5% w czwartek. Od połowy czerwca skala spadków sięgnęła niemal 22% po tym, jak przez poprzedni rok chińska giełda dała zarobić prawie 160%, osiągając najwyższy poziom od 7 lat.

W komentarzach można przeczytać, że za nagłe spadki w Szanghaju winę ponosi niepewność wokół Grecji oraz niższy od oczekiwań odczyt indeksu PMI dla chińskiego przemysłu. Jednakże moim zdaniem to wytłumaczenia niemające wiele wspólnego z rzeczywistością. Choćby dlatego, że w Europie giełdy od rana rosły.
Parkiet w Szanghaju od kilku miesięcy jest kompletnie oderwany od giełdowych trendów dominujących na rynkach rozwiniętych. Chińska giełda została zdominowana przez początkujących inwestorów indywidualnych, którzy nierzadko kupują akcje posiłkując się sporym kredytem. Wiosną co tydzień na rynek wchodziło kilka milionów świeżych inwestorów: tylko w ostatnim tygodniu maja liczba rachunków maklerskich w Szanghaju zwiększyła się o 2,46 miliona (plus prawie dwa miliony na giełdzie w Shenzen).
Równie imponująco prezentują się też statystyki dźwigni finansowej stosowanej przez chińskich inwestorów. Według danych Bloomberga w maju i czerwcu wartość nominalna długu zaciągniętego na zakup akcji przekroczyła 4,5 biliona juanów (725 mld USD), co stanowi niemal 8% chińskiego PKB. Przy czym niespełna połowa tej kwoty pochodzi od biur maklerskich. Za resztę odpowiadają m.in. rosnące jak grzyby po deszczu internetowe platformy oferujące pożyczki pod zakup akcji pozostające poza jakąkolwiek regulacją chińskich władz.

„Czasami, gdy rynek jest dobry, potrafię w tydzień czy dwa zarobić na nowe audi” – powiedział reporterowi Bloomberga jeden z młodych chińskich inwestorów korzystających z nieregulowanych internetowych portali pożyczkowych. W ten sposób Chińczycy omijają rządowe restrykcje, które pozwalają domom maklerskim na stosowanie „zaledwie” trzykrotnej dźwigni finansowej. Tak silnie zlewarowane hossy bywają spektakularne, ale rzadko kiedy okazują się trwałe. Tym bardziej, że przeciętna chińska spółka wyceniana jest na 73-krotność raportowanych zysków.
K.K./Bloomberg





























































