Od lat Japonia jest formalnie najbardziej pacyfistyczną światową potęgą militarną, natomiast na polu wojen walutowych jest jednym z najbardziej agresywnych graczy. W ostatnich dniach mamy do czynienia z istnym przebiegunowaniem – w życie weszły przepisy rozszerzające zakres działań wojska, natomiast władze nie reagują na umocnienie się jena.


Za dolara płacimy dziś rano jedynie 108,8 jenów. To najmniej od października 2014 r., o 9,4% mniej niż na początku tego roku i 13,3% mniej niż w szczytowym momencie ubiegłego roku, kiedy dolar kosztował ponad 125 jenów.
Obserwowane od początku roku umacnianie się jena to największy tego typu ruch umacniający epoki „Abenomiki”, jak powszechnie określa się politykę gospodarczą prowadzoną przez gabinet Shinzo Abego. Tymczasem osłabienie waluty – co miało dać wsparcie potężnym sektorom nastawionym głównie na eksport - było jednym ze sztandarowych pomysłów tego polityka na wyciągnięcie trzeciej największej gospodarki świata z marazmu.
Kiedy urzędujący premier obejmował władzę w grudniu 2012 r., dolar kosztował nieco ponad 80 jenów. Rok później za dolara płacono już ponad 100 jenów, a dwa lata później 120 jenów. Wraz ze słabnącym jenem rosły wypełnione eksporterami główne indeksy japońskiej giełdy. Dość powiedzieć, że od końca 2012 r. do ubiegłorocznego szczytu Nikkei 225 wzrósł o ponad 100%. Od tamtej pory jednak główny indeks stracił 24,8% (17,3% od początku roku), a dopiero dziś symbolicznym wzrostem (0,22%) zakończył siedmiodniową spadkową passę – najdłuższą za czasów „Abenomiki”.
Oczywiście poza japońską jest też druga, amerykańska strona medalu. Ubiegły rok przyniósł wyraźne umocnienie dolara, co było wynikiem najpierw zapowiedzi pierwszej od 9 lat podwyżki stóp w USA, a potem (w grudniu) faktycznego zrealizowania tego scenariusza. Rok 2016 r. miał przynieść aż cztery dalsze podwyżki, jednak już w pierwszych jego miesiącach scenariusz ten został odłożony do lamusa, co ogranicza perspektywę dalszego umocnienia „zielonego”. Obecnie bazowy scenariusz zakłada co najwyżej jedną podwyżkę w 2016 r., a i to – znając skłonność banków centralnych do odwlekania tego typu decyzji – może jeszcze się zmienić.
Wyczekiwanie na interwencję
Inwestorów wciąż nurtuje jedno kluczowe pytanie – dlaczego władze Japonii nie interweniują na rynku walutowym? Fala umocnienia jena nie przyniosła nie tylko faktycznej interwencji, którą widać byłoby na wykresach, ale nawet słownych sugestii tego typu działania.
- Niezależnie od wszelkich okoliczności, kraje powinny wystrzegać się konkurencyjnej dewaluacji i arbitralnych interwencji na rynkach walutowych – powiedział premier Abe w wywiadzie dla „Wall Street Journal”. Jak dodał, jego zdaniem „walutowa stabilność jest ważnym czynnikiem dla gospodarki”.Według jednej z teorii, Japończycy powstrzymują się przed osłabieniem własnej waluty ze względów czysto politycznych. Według medialnych przecieków, Japonia była wielokrotnie upominana za celową dewaluację własnej waluty podczas szczytów G7 czy G20. Kolejny tego typu mocarstwowy szczyt – spotkanie G7 – odbędzie się właśnie w Japonii (26-27 maja na Wyspie Kashiko).
Nie brak też głosów, że w obecnej sytuacji Bank Japonii wstrzyma się z interwencją i poczeka, aż kurs USD/JPY zejdzie do poziomu 105, a może nawet 100. Niezależnie od tego, czy tak się stanie czy nie, kolejne decyzyjne posiedzenie japońskiego banku centralnego (27-28 kwietnia) skupi na sobie uwagę ekonomistów i inwestorów.
W marcu BoJ „wziął na wstrzymanie” i jedynie utrzymał w mocy postanowienia przełomowego styczniowego posiedzenia, na którym zapadła decyzja o obniżeniu stopy depozytowej poniżej zera. Presję na Bank Japonii wywiera też wciąż niska inflacja (0,3% r/r w lutym), a doprowadzenie do trwałej inflacji na poziomie 2% jest głównym celem wielokrotnie deklarowanym przez tę instytucję. Przy relatywnie mocnym jenie jego realizacja będzie jeszcze trudniejsza.






























































