REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Przycisk do wyłączenia zdalnie Abramsów nie istnieje? Prawda o ryzyku uzależnienia od USA

2025-12-04 05:56, akt.2025-12-04 06:36
publikacja
2025-12-04 05:56
aktualizacja
2025-12-04 06:36
Dodaj Bankier.pl w Google

Do Polski dotarła dostawa 32 czołgów M1 Abrams. Nasze siły zbrojne posiadają już 233 takie maszyny, a docelowo mają mieć ich 366. W internecie pojawiły się opinie, że to ryzykowne, bo Amerykanie mogą nam je „wyłączyć”. Zdaniem ekspertów, z którymi rozmawiała PAP, są one całkowicie bezpodstawne.

Przycisk do wyłączenia zdalnie Abramsów nie istnieje? Prawda o ryzyku uzależnienia od USA
Przycisk do wyłączenia zdalnie Abramsów nie istnieje? Prawda o ryzyku uzależnienia od USA
/  Abaca Press

W tym tygodniu do Polski dotarła partia 32 czołgów Abrams w wersji M1A2SEPv3. Do tej pory otrzymaliśmy 115 tych maszyn. Łącznie z czołgami w wersji M1A1FEP nasz stan posiadania to 233 Abramsy. Docelowo zaś ma to być 366 sztuk – sześć batalionów.

Doniesienia o dostawie wywołały w mediach społecznościowych falę komentarzy, że w świetle zmiennej i niestabilnej polityki administracji Donalda Trumpa wobec Rosji zakupy w przemyśle zbrojeniowym USA są niebezpieczne, bo Amerykanie, naciskając guzik, mogą nam wyłączyć sprzęt wojskowy.

Choć eksperci, z którymi rozmawiała PAP, byli zgodni, że istnienie takiego przycisku to mit, to jednak przyznali, że kupujemy sprzęt wojskowy zza oceanu, bo nie mamy innego wyjścia. Wskazali przy tym różne przyczyny.

Nie ma czegoś takiego jak zdalne wyłączanie sprzętu wojskowego – podkreślił Damian Ratka, ekspert Defence24 w zakresie broni pancernej.

Wtórował mu Konrad Muzyka, analityk ds. obronności z Rochan Consulting, przekonując, że zawsze dziwiło go przekonanie, że Amerykanie mogą jednym guzikiem „wyłączyć” nam sprzęt wojskowy. – To tak nie działa. Po pierwsze, żaden sprzęt nie ma magicznego „przycisku”. Po drugie, znacznie prostszym i skuteczniejszym narzędziem nacisku jest odcięcie danego państwa od części zamiennych. W takim scenariuszu możliwości użycia sprzętu dramatycznie maleją – wskazał ekspert.

Wakacje na giełdzie

W ocenie Damiana Ratki obawy, że pozostaniemy bez możliwości serwisowania, przynajmniej w kwestii Abramsów, są nieco na wyrost.

W gruncie rzeczy mamy dywersyfikację sprzętu. I to na wielu poziomach. Czołgi kupujemy z dwóch kierunków – amerykańskiego i koreańskiego – przypomniał rozmówca PAP i dodał, że nasz przemysł jest włączany do łańcucha produkcji i dostaw części zamiennych do tego sprzętu.

Jak wskazał Ratka, osiem polskich firm już produkuje 52 typy części do czołgów Abrams. Mamy umowę na transfer technologii i polski przemysł będzie stopniowo zyskiwał kompetencje, zarówno jeżeli chodzi o serwisowanie tego sprzętu, żeby go utrzymywać w sprawności, jak również produkcję części zamiennych. W 2028 r. uzyskamy możliwość serwisowania silników Abramsów, a później – wprowadzania modyfikacji we własnym zakresie.

Ekspert przyznał jednak, że w ujęciu długofalowym najbezpieczniejsze są zakupy we własnym przemyśle. Lecz ten musiałby być w stanie wyprodukować dany typ sprzętu. – Jeśli chodzi o państwa NATO, to prawda jest taka, że – głównie w zakresie uzbrojenia wojsk lądowych, choć nie tylko – to jedynie Stany Zjednoczone są w stanie produkować i dostarczać sprzęt w odpowiedniej wymaganej przez Wojsko Polskie liczbie i terminach – podkreślił Ratka.

Zdaniem rozmówcy PAP zdolności produkcyjne USA w zasadzie nie pozostawiają nam wyboru. Jak wskazał ekspert, od Stanów Zjednoczonych kupiliśmy 6 batalionów czołgów – 366 sztuk, plus wozy wsparcia i niewielką rezerwę maszyn do celów szkoleniowych. Pierwszy kontrakt podpisano w 2021 r., a w 2026 r. nastąpi zakończenie dostaw.

W tym samym czasie Niemcy byliby w stanie wyprodukować i dostarczyć jeden batalion, czyli od 44 do 58 czołgów – zaznaczył Damian Ratka i dodał, że innych producentów tej klasy sprzętu, jak czołg podstawowy, obecnie w Europie nie ma. Francja, Włochy i Wielka Brytania, jak również tacy historyczni producenci, jak Szwecja czy Szwajcaria, całkowicie utracili zdolności projektowania i produkcji czołgów.

Konrad Muzyka, zapytany, czy uzależnienie od jednego dostawcy jest długofalowo bezpieczne, odparł, że to właśnie główny problem, bo w dużej mierze zależy od subiektywnego podejścia polskiej klasy politycznej do relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

– Zarówno PiS, jak i Platforma uznały, że to USA będą głównym gwarantem polskiego bezpieczeństwa. W ich kalkulacji coraz większe przesuwanie się Ameryki w stronę Azji oraz rosnące tendencje izolacjonistyczne można „hamować” poprzez zakupy amerykańskiego sprzętu: śmigłowców Apache, samolotów F-35, czołgów Abrams, a teraz także transporterów Stryker – ocenił Muzyka i skonkludował: – Tyle że utrzymywanie amerykańskiej obecności poprzez zakupy odbywa się kosztem naszej autonomii – taktycznej, operacyjnej i strategicznej.

Analityk przekonywał, że – biorąc pod uwagę kierunek, w którym Stany Zjednoczone zmierzają pod przywództwem Donalda Trumpa, oraz nastroje we wpływowych ośrodkach wokół niego – jest to gra obarczona dużym ryzykiem. – Oby się udała, ale to – mówiąc wprost – wkładanie wszystkich jajek do jednego koszyka – stwierdził Muzyka.

Jak zapewnił, dziesięć lat temu powiedziałby, że nie ma problemu, bo na USA można liczyć. Dziś główne pytanie nie brzmi: „czy Rosja odbuduje potencjał i zaatakuje Polskę lub kraje bałtyckie?”. Jego zdaniem kluczowe jest to, czy NATO zachowa spójność, a Stany Zjednoczone pozostaną militarnie obecne w Europie. Jeśli te dwie kwestie się rozejdą, pojawi się poważny problem. Rosja może wtedy uznać, że ma sprzyjające warunki i zachowa się bardziej agresywnie, korzystając z europejskiej niespójności wobec jej zbrojeń. (PAP)

gru/ ag/ mhr/

Źródło:PAP
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Wydatki na zbrojenia

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki