Jeszcze do niedawna dylematy, jaką szkołę wybrać, publiczną czy niepubliczną, były rzadkością, bo dyplom ukończenia tej pierwszej dużo więcej znaczył na rynku pracy. Dziś sytuacja znacznie się zmieniła. Pracodawcy większą wagę zaczęli przykładać do realnych umiejętności kandydata niż prestiżu ukończonej przez niego uczelni. – Od przyszłych pracowników oczekuję przede wszystkim doświadczenia lub praktyki, umiejętności szybkiego nawiązywania kontaktów, pracy w zespole, podtrzymywania relacji z klientami, wysokiej kultury osobistej, sumienności oraz zdolności dostosowania się do zmieniających się warunków rynkowych – wylicza Paweł, kierownik banku z Wrocławia. – Dużym atutem jest znajomość też języka angielskiego i umiejętność obsługi komputera. Reszta nie ma dla mnie wielkiego znaczenia – dodaje.
W 2008 roku liczba studentów na uczelniach państwowych spadła o 2 procent w stosunku do roku poprzedniego. W tym samym czasie uczelnie niepubliczne zanotowały 3-procentowy wzrost ilości żaków. Jest to zapewne związane z coraz bardziej rozbudowaną ofertą tych szkół. Z drugiej strony, szkoły państwowe w obliczu rosnącej konkurencji, starają się umocnić swoją pozycję na rynku. Podkreślają więc swój prestiż, renomę, tradycję oraz walor bezpłatnej edukacji. To jednak nie zawsze wystarcza studentom do pełni szczęścia.
– Pech chciał, że autobus, którym jechałem na uczelnię, zepsuł się, więc na ostatni egzamin spóźniłem się 15 minut. Wchodząc na salę, przeprosiłem za spóźnienie, ale profesor z wielkim oburzeniem powiedział, że nie mam już tu czego szukać. Przeniosłem się na uczelnię prywatną. Niestety, na egzamin z tego samego przedmiotu również się spóźniłem, bo zaspałem. Jakież było moje zdziwienie, gdy wchodząc na salę, zobaczyłem tego samego profesora z uczelni państwowej. Chyba mnie nie poznał, ponieważ tym razem uśmiechnął się, stwierdził, że nic się nie stało i serdecznie zaprosił mnie do ławki – opowiada Mateusz, student finansów i bankowości.
Prywatnie nie znaczy gorzej
Średnio inteligentni, bez ambicji, bogaci, leniwi, często imprezują, zaliczają każdy egzamin bez wiedzy, bo skoro płacą, to należy im się zaliczenie. Z biegiem czasu ukształtował się właśnie taki stereotyp ucznia szkoły prywatnej. Coraz częściej jednak okazuje się, że to tylko stereotyp i w dodatku bardzo krzywdzący dla studentów uczelni niepublicznych.
– Zdaję sobie z tego sprawę, że szkoły prywatne mają opinię „szkół dla debili”. Nic bardziej mylnego. Nie uważam się za głupka, bo na listę przyjętych na uniwersytet brakowało mi trzech miejsc. Z wielkim rozgoryczeniem wybrałam się więc na studia płatne. Byłam przekonana, że ludzie tam będą bogaci, zarozumiali i samolubni. Teraz widzę, że takie stereotypy to wielka bzdura. Większość moich kolegów i koleżanek pracuje, żeby zarobić na czesne. Każdy sobie pomaga, jak umie. Nie ma czegoś takiego, jak rywalizacja, a ci z „pierwszych ławek” nigdy nie skąpią notatek – mówi Justyna, studentka dziennikarstwa. – Bardzo miłe zaskoczenie spotkało mnie, gdy dowiedziałam się, że na mojej uczelni jest prawie taka sama kadra profesorska, jak na uniwerku. Liczby godzin i przedmioty również mamy takie same, więc na pewno nie mam na co narzekać – dodaje.
Podobnego zdania jest Weronika, absolwentka turystyki. Studentka dostrzega również inne zalety szkół niepublicznych.
– Śmiało mogę powiedzieć, że prywatne uczelnie są dużo lepiej wyposażone. Nowe budynki, solidny sprzęt, świetnie przystosowane sale. Uczelnie prywatne posiadają lepszą organizacje i pomagają w znalezieniu praktyk i pracy po studiach. Dużym plusem jest tez to, że wszystkie sale znajdują się w jednym kampusie, czym nie każda uczelnia publiczna może się pochwalić. Zawsze współczułam mojej współlokatorce, która co dwie godziny musiała jeździć w różne rejony miasta – opowiada Weronika.
Płacisz – zdajesz
Zmorą uczelni prywatnych są jednak pogłoski, że ich poziom nauczania nie dorasta uczelniom państwowym do pięt. Ponadto wiele osób narzeka na brak typowego studenckiego klimatu, a profesorom niepaństwowych uczelni często zarzuca się zaliczanie uczniom egzaminów nawet bez ich obecności, czyli na zasadzie „jak zapłacisz, tak zdasz”.
– Po maturze bez zastanowienia poszłam na uczelnię prywatną. Chciałam być traktowana jak człowiek, a nie jak nic nieznaczący numerek w dzienniku. Zdanie zmieniłam już w pierwszym miesiącu studiowania, gdy zaczęłam szukać pracy. Mnóstwo ogłoszeń miało w nawiasie napisane, że nie przyjmują absolwentów mojej szkoły. Potem dowiedziałam się, że aby zdać egzamin w mojej szkole, wystarczy przyjść i wręczyć profesorowi kopertę. Z łapówkami osobiście się nie spotkałam, ale mimo wszystko zmieniłam uczelnię, aby w przyszłości nie mieć problemów – wspomina Monika, studentka stosunków międzynarodowych z Krakowa.
Państwowe – prestiżowe
Państwowe uczelnie ciągle mogą pochwalić się renomą, wysokim poziomem nauczania, wykwalifikowaną kadrą oraz wspaniałymi tradycjami. W dalszym ciągu są bezpłatne, co dla większości maturzystów w Polsce stanowi dużą zaletę. Wielu studentów stara się o przeniesienie z prywatnej uczelni na państwową po pierwszym bądź drugim roku studiów. Jest to możliwe, o ile w szkole państwowej zwolni się miejsce, np. jeśli ktoś nie zaliczy egzaminów.
– Na pierwszym roku studiów miałam wysoką średnią, więc postanowiłam, że spróbuję przenieść się na uniwersytet. Mimo tego, że bardzo lubiłam swoją uczelnię, czesne było dla mnie zbyt wysokie. Dostałam się i jestem zadowolona – wspomina Kasia, studentka public relations. – Studenci mają tutaj całkiem inne podejście do nauki. Bardziej przykładają się do swojej pracy, są ambitniejsi i dociekliwi, więc podnoszą poziom wszystkim. Grupy są mniejsze i lepiej nam się pracuje. Ponadto na uniwersytecie działa mnóstwo kół naukowych, dzięki którym jeszcze lepiej rozwijam się naukowo. Zajęcia są ciekawsze i bardziej praktyczne – zachwala państwową uczelnię Kasia.
Podobnego zdania są nauczyciele akademiccy pracujący jednocześnie na uczelni publicznej i prywatnej, jak Marcin Walczyński, anglista.
– Zdarzają się przypadki, że studenci, zdecydowanie częściej z prywatnych uczelni, próbują wykłócić się o wyższą ocenę, nie mając do tego podstaw. Częściej też obserwuję wśród studentów uczelni prywatnych przypadki ściągania podczas testów czy popełniania plagiatu. Prawdopodobnie czują się bardziej bezkarni, bo sądzą, że płacą czesne i dlatego szkoła będzie chciała ich zatrzymać za wszelką cenę. To też sprawia, że trudniej jest zmotywować studentów uczelni prywatnych do uczenia się, choć w swojej karierze spotkałem także wielu studentów ze szkół prywatnych, którzy byli ambitni, a to sprawiało, że poziom zajęć był zdecydowanie wyższy – porównuje oba typy szkół Walczyński.
Wszystko zależy zatem od indywidualnego podejścia studenta. Przede wszystkim pamiętać należy, że studiowanie na prywatnej uczelni nie musi oznaczać niskiej inteligencji, lenistwa czy braku ambicji. Przecież wszędzie znajdą się tacy, którzy dobrze się uczą i tacy, którzy dobrze kombinują.
Marcelina Kruż


























































