Największy polski bank udzielił pożyczek wyborczych czterem partiom politycznym startującym w wyborach parlamentarnych. 15 mln zł pożyczyło Prawo i Sprawiedliwość, 12 mln zł Platforma Obywatelska, natomiast po 8 mln zł Samoobrona i LPR.
Kredyt udzielany przez PKO BP był bardzo nietypowy. Przed udzieleniem kredytu przez bank, dokonuje on analizy ryzyka kredytowego w oparciu o dane dotyczące kredytobiorcy – zwykle są to dochody osoby starającej się o kredyt, rodzaj zatrudnienia, zabezpieczenie itp. Tym razem bank musiał skorzystać z bardzo nietypowych zasad analizy ryzyka kredytowego – poparcia wynikającego z sondaży dla poszczególnych ugrupowań.
„Żeby nikogo nie skrzywdzić, braliśmy pod uwagę wszystkie najważniejsze instytucje badawcze i liczyliśmy średnią – ujawnia „Gazecie Wyborczej” szczegóły analizy kredytowej rzecznik PKO BP Marek Kłuciński.
Pozycja w sondażach miała konkretne przełożenie na warunki kredytu – oprocentowanie pożyczek zależało bowiem od sondażowego poparcia. Bank nie ujawnił jednak, jakie było oprocentowanie kredytów dla poszczególnych ugrupowań. Można tylko przypuszczać, że Platforma musi zapłacić mniej, niż Samoobrona czy LPR. A niektórzy politycy musieli odejść z kwitkiem.
A co było zabezpieczeniem kredytów udzielonych partiom politycznym? Tutaj łatwo się domyślić, że chodzi o subwencje, które przysługują partiom z budżetu państwa, jeśli zdobędą w wyborach parlamentarnych co najmniej 3% głosów.
M.D.
Źródło: „Gazeta Wyborcza”





























































