Nowy znak ostrzegający przed pieszym korzystającym z telefonu nie rozwiąże problemu bezpieczeństwa na drogach – uważa ekspert i były policjant Wojciech Pasieczny. Jak powiedział PAP, potrzebne są skuteczniejsze egzekwowanie przepisów i edukacja uczestników ruchu.


15 lipca obchodzimy Światowy Dzień Bez Telefonu Komórkowego. To nieformalne święto zostało zapoczątkowane przez internautów, aby zachęcić ludzi do odłożenia smartfonów na 24 godziny, odpoczynku od cyfrowego świata i skupienia się na relacjach w rzeczywistości.
W związku z tym dniem Instytut Spraw Obywatelskich zaapelował do Ministerstwa Infrastruktury o wprowadzenie nowego znaku ostrzegawczego – trójkąta z sylwetką osoby zapatrzonej w ekran telefonu. Pomysłowi towarzyszy propozycja kampanii „Podnieś głowę. Odłóż telefon. Przejdź bezpiecznie”.
Czy kolejny znak poprawi bezpieczeństwo? Dlaczego kierowca rozmawiający przez zestaw głośnomówiący przez kilka sekund „nie widzi” drogi? I dlaczego – zdaniem Wojciecha Pasiecznego, byłego szefa sekcji wypadkowej stołecznej drogówki i biegłego sądowego – największym problemem nie jest brak przepisów, lecz brak ich egzekwowania?
Światowy Dzień Bez Telefonu. Proponujemy wprowadzenie nowego znaku drogowego: trójkątne pole, czerwone obrzeże, żółte tło oraz czarny symbol osób patrzących w telefony komórkowe.
— Instytut Spraw Obywatelskich (@InstytutSprawO) July 14, 2026
Miałby ostrzegać przed rozproszeniem uwagi przez telefon komórkowy. https://t.co/zv5IdXHppT
PAP: Instytut Spraw Obywatelskich chce, aby na polskich drogach pojawił się nowy znak ostrzegawczy – z sylwetką osoby wpatrzonej w telefon. Potrzebujemy go?

Wojciech Pasieczny: Myślę, że większość specjalistów zajmujących się organizacją ruchu odpowiedziałaby: nie.
Od lat mówi się, że mamy na drogach „znakozę”. Kierowcy dostają jednocześnie tyle komunikatów, że przestają je świadomie odbierać. W pewnym momencie człowiek nie jest już w stanie przetworzyć wszystkich informacji. Dlatego nie sądzę, żeby kolejny znak realnie zwiększył bezpieczeństwo.
Tym bardziej że przepisy już istnieją. Mamy zakaz korzystania z urządzeń elektronicznych podczas wchodzenia na przejście dla pieszych, jeżeli ogranicza to możliwość obserwowania sytuacji na drodze. Wystarczyłoby ten przepis egzekwować.
Poza tym, jeśli kierowca zbliża się do przejścia dla pieszych, i tak ma obowiązek zachować szczególną ostrożność. Niezależnie od tego, czy stoi tam dodatkowy znak, czy nie. Mam więc wrażenie, że sam pomysł znaku jest raczej próbą zwrócenia uwagi na problem niż rozwiązaniem problemu.
PAP: Czyli bardziej kampania społeczna niż zmiana przepisów?
W.P.: Zdecydowanie. Pamiętam, że kilka lat temu w Warszawie przy przejściach dla pieszych malowano na chodnikach ostrzeżenia dla osób korzystających z telefonów i ludzie zwracali na nie uwagę. Ale tylko przez jakiś czas, bo tak działa psychika. Kiedy pojawia się coś nowego, reagujemy. Po kilku miesiącach przyzwyczajamy się i przestajemy to zauważać. To zresztą dotyczy nie tylko oznakowania.
Mało kto pamięta, że w okresie międzywojennym mieliśmy zaledwie kilka znaków drogowych. A konkretnie pięć, i to wystarczało. Oczywiście ruch był wtedy nieporównywalnie mniejszy, ale pokazuje to pewną zasadę – bezpieczeństwa nie buduje się wyłącznie przez dokładanie kolejnych tablic.
Natomiast problem istnieje i jest bardzo poważny: widujemy mnóstwo ludzi, zwłaszcza młodych, którzy idą z głową opuszczoną nad telefonem, ze słuchawkami na uszach i kompletnie nie obserwują otoczenia. Co gorsza, uwierzyli różnym pseudospecjalistom od ruchu drogowego, że na przejściu mają bezwzględne pierwszeństwo, a to nieprawda. Pieszy rzeczywiście ma pierwszeństwo, ale jednocześnie ma obowiązek zachować szczególną ostrożność. Nie wolno mu wejść bezpośrednio przed nadjeżdżający pojazd tylko dlatego, że znajduje się na pasach.
Dlatego każda dobrze przygotowana kampania edukacyjna ma sens - o ile nie będzie sprowadzała się do jednego plakatu czy jednego spotu.
PAP: Autorzy apelu proponują, aby znak stanął przy szkołach, uczelniach, dworcach i centrach handlowych. Być może nie miałby ostrzegać wyłącznie kierowców, ale działałby również jak lustro dla samych pieszych – przypominałby im, żeby podnieśli wzrok.
W.P.: Tego nie wykluczam, ale to jest już pytanie bardziej do psychologów niż do specjalistów od ruchu drogowego. Trzeba byłoby sprawdzić, czy taki komunikat rzeczywiście działa na osoby korzystające z telefonów.
Ja natomiast wrócę do tego, co uważam za najważniejsze: przepisy już mamy, ale problem polega na tym, że praktycznie ich nie egzekwujemy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem policjanta reagującego na pieszego, który przechodzi przez jezdnię kompletnie zapatrzony w ekran telefonu. Zresztą zacznijmy od czegoś jeszcze bardziej podstawowego, a mianowicie tego, że policji na drogach jest po prostu za mało.
Możemy tworzyć kolejne przepisy, kolejne znaki i kolejne kampanie, ale jeśli nikt nie będzie reagował na ich łamanie, efekt będzie bardzo ograniczony.
PAP: W ruchu drogowym często mówi się, że liczy się każda sekunda. Co właściwie oznacza jedna sekunda nieuwagi?
W.P.: W przypadku pieszego patrzącego w telefon nie zmienia się droga hamowania samochodu. Zmienia się coś innego – czas, w którym kierowca ma szansę zareagować, to właśnie jego reakcja decyduje o wszystkim.
Prosty przykład: jeżeli samochód jedzie 40 km/h, to w ciągu jednej sekundy pokonuje około 11 metrów, a przy 50 km/h jest to już niemal 14 metrów, więc jeżeli kierowca zareaguje sekundę później, samochód przejedzie cały ten odcinek, zanim w ogóle rozpocznie hamowanie.
A przecież jedna sekunda to sytuacja optymistyczna – taka, w której kierowca spodziewa się zagrożenia i zachowuje szczególną ostrożność. W normalnych warunkach czas reakcji może wynosić półtorej sekundy, a nocą nawet około 1,8 sekundy – a każda kolejna dziesiąta sekundy oznacza następne metry przejechane bez jakiejkolwiek reakcji. Im większa prędkość, tym dramatyczniejsze stają się konsekwencje.
PAP: Problem rozproszonej uwagi nie dotyczy jednak wyłącznie pieszych. Coraz częściej mówi się o kierowcach, którzy podczas jazdy korzystają z telefonów. Jak bardzo wpływa to na bezpieczeństwo?
W.P.: Powiedziałbym nawet, że to znacznie większy problem, gdyż przyjmuje się, że rozmowa przez telefon komórkowy – nawet z wykorzystaniem zestawu głośnomówiącego – może wydłużyć czas reakcji kierowcy nawet do czterech sekund.
Wyobraźmy więc sobie samochód jadący 90 km/h – ten pojazd w ciągu jednej sekundy pokonuje około 25 metrów. Jeżeli czas reakcji wydłuży się do czterech sekund, kierowca przejedzie około stu metrów, praktycznie nie rejestrując tego, co dzieje się przed nim, a sto metrów to długość boiska piłkarskiego…
A przecież są jeszcze osoby, które w czasie jazdy piszą wiadomości, w takim przypadku, jak pokazują badania, czas oderwania uwagi od drogi może sięgać nawet 23 sekund.
PAP: Zabezpieczał pan kiedyś miejsce wypadku, na którym telefon wciąż opowiadał historię tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej?
W.P.: Pamiętam śmiertelny wypadek, podczas którego na ekranie dzwoniącego telefonu pojawiał się napis: „Twój Aniołek”. Nie odbieraliśmy go. Nigdy tego nie robimy, zwłaszcza przy wypadkach śmiertelnych, bo takich informacji nie przekazuje się przez telefon, a tu ktoś próbował dodzwonić się do człowieka, który już nigdy nie miał tej rozmowy odebrać.
Pamiętam też matkę, która szukała syna, bo jej telefoniczna rozmowa z nim nagle się urwała. Zaczęła dzwonić po szpitalach, wreszcie usłyszała, że na Moście Gdańskim doszło do śmiertelnego wypadku. Przyjechała tam i okazało się, że ofiarą jest jej syn. Po takich historiach człowiek inaczej patrzy na telefon, który dzwoni podczas jazdy.
PAP: Bywało, że telefon czy inne urządzenie ekranowe nie tylko było świadkiem tragedii, ale jej bezpośrednią przyczyną?
W.P.: To było w czasie pierwszego szczytu gospodarczego organizowanego w Warszawie: kierowca autobusu jechał w godzinach nocnych przez miasto, a jednocześnie pracował na laptopie. Nie zauważył czerwonego światła, wjechał na skrzyżowanie i zderzył się z autobusem.
Siła uderzenia była tak duża, że samochód został wyrzucony z toru jazdy, przebił ogrodzenie ambasady Szwajcarii i uderzył w budynek placówki dyplomatycznej. Kierowca został ranny, ale na szczęście nikt z pasażerów nie zginął.
Do dziś mam w związku z tym wypadkiem kilka pytań. Pierwsze to takie, co by było, gdyby to auto przerwało ogrodzenie ambasady Stanów Zjednoczonych. Obawiam się, że marines mogliby potraktować ten incydent jako zamach terrorystyczny i otworzyć ogień. A drugie, jeszcze ważniejsze: ile czasu ten człowiek zyskał, robiąc jakąś prezentację podczas kierowania pojazdem - pięć minut, dziesięć? Naprawdę nie mógł poczekać z pracą do końca podróży?
PAP: Ludzie robią różne dziwne rzeczy podczas kierowania samochodem…
W.P.: Niestety, spotykałem kierowców ciężarówek, którzy podczas jazdy oglądali telewizję, serio. I takich, którzy, siedząc za kółkiem jednocześnie gotowali sobie jakieś posiłki. Nie mówię już o uprawianiu seksu, bo i takie przypadki się zdarzały.
PAP: Tak się zastanawiam. Wyobraźmy sobie przeciętny samochód, jadący z prędkością 50 km/h, który zderza się z ważącym 80 kg pieszym, który wtargnął na jezdnię. Jakie szanse ma w tym starciu człowiek?
W.P.: Kiedyś to sobie policzyłem i przyznam, że sam byłem zaskoczony wynikiem. Pocisk wystrzelony z pistoletu VIS ma energię około 518 dżuli. Tymczasem samochód kompaktowy o masie około 1200 kilogramów, jadący z prędkością zaledwie 50 km/h, ma energię kinetyczną ponad 220 razy większą. Jeżeli weźmiemy cięższy samochód, energia kinetyczna będzie już ponad 300 razy większa, a przy prędkości 90 km/h mówimy o energii niemal tysiąc razy większej.
To pokazuje, z czym tak naprawdę zderza się pieszy. Bardzo często słyszę: „przecież jechał tylko pięćdziesiątką”. Tymczasem z punktu widzenia fizyki nie ma czegoś takiego jak „tylko 50 km/h”. Przy takim uderzeniu organizm człowieka doznaje obrażeń, których często nie da się przeżyć. Dochodzi do wielonarządowych uszkodzeń, pękają kości, może dojść nawet do oderwania aorty od serca. Dlatego zawsze powtarzam, że w starciu z rozpędzonym samochodem człowiek praktycznie nie ma żadnych szans.
Właśnie dlatego tak bardzo podkreślam znaczenie uwagi. Jeżeli kierowca przez kilka sekund patrzy w telefon zamiast na drogę, to nie ryzykuje stłuczką parkingową. Kieruje maszyną o energii wielokrotnie większej niż pocisk wystrzelony z pistoletu VIS.
PAP: Dziś kierowcy coraz rzadziej trzymają telefon przy uchu, za to korzystają z nawigacji, różnych aplikacji, ekranów dotykowych. To bezpieczniejsze?
W.P.: Niekoniecznie. Współczesne samochody są wyposażone w ogromne ekrany umieszczone pośrodku deski rozdzielczej, więc żeby z nich skorzystać, trzeba oderwać rękę od kierownicy, odwrócić głowę o kilkadziesiąt stopni i przenieść wzrok z drogi na ekran, a to trwa długie sekundy.
Tak samo, jeżeli chcemy zmienić temperaturę, ustawić nawiew, znaleźć adres w nawigacji czy wybrać jakąś funkcję - mijają kolejne sekundy, a samochód cały czas jedzie.
Oczywiście, nawigacja bardzo pomaga i sam z niej korzystam, kiedy jest potrzebna, ale trzeba z niej korzystać rozsądnie. Generalnie: im bliżej pola widzenia kierowcy znajduje się ekran, tym lepiej, natomiast wszystkie dodatkowe czynności wykonywane podczas jazdy – niezależnie od tego, czy dotyczą telefonu, nawigacji czy komputera pokładowego – odwracają uwagę od tego, co najważniejsze, czyli tego, co się dzieje na drodze.
PAP: Mamy pewien paradoks: prawo zabrania trzymania telefonu w ręku, ale jednocześnie producenci montują w samochodach wielkie ekrany dotykowe, które rozpraszają kierowców w bardzo podobny sposób.
W.P.: Faktycznie, jest w tym pewna niespójność, bo jeżeli spojrzymy wyłącznie na mechanizm rozproszenia uwagi, różnica pomiędzy trzymaniem smartfonu w ręce a grzebaniu paluchem w menu ekranu dotykowego nie jest duża.
Jest jednak jedna zasadnicza różnica: otóż ustawienia samochodu czasem naprawdę musimy zmienić, np. włączyć ogrzewanie, odparować szybę czy zmienić ustawienia nawiewu.
Natomiast rozmowy telefonicznej nie musimy prowadzić podczas jazdy, a już na pewno nie musimy wówczas pisać SMS-ów, te sprawy mogą zaczekać, choćby do momentu, kiedy zatrzymamy się na parkingu.
PAP: Czy w swojej pracy biegłego często spotyka się pan z sytuacjami, kiedy kierowca nagle zjechał na przeciwległy pas albo uderzył w tył poprzedzającego auta, a później okazało się, że w chwili wypadku korzystał z telefonu?
W.P.: Coraz częściej pojawiają się wnioski, żeby badać telefony kierowców, ale nadal nie jest to standard. Znam sprawy, w których pełnomocnicy pokrzywdzonych domagali się zabezpieczenia telefonu i sprawdzenia, czy kierowca korzystał z niego tuż przed wypadkiem, a sąd takie wnioski oddalał. Moim zdaniem to błąd.
Przecież zdarza się, że kierowca jedzie prostą drogą, nagle zjeżdża na przeciwległy pas albo uderza w stojący przed nim samochód. Oczywiście przyczyn może być wiele. Mógł zasnąć, mógł zasłabnąć, mógł być pod wpływem alkoholu albo narkotyków, mógł jechać za szybko. Ale równie dobrze mógł po prostu patrzeć w telefon. I to też powinno się sprawdzać.
Pamiętam głośną sprawę z Niemiec: polski kierowca zawodowy zmieniał ustawienia w telefonie podczas jazdy i doprowadził do śmiertelnego wypadku. Sąd nie miał wątpliwości, że korzystanie z telefonu było jedną z głównych przyczyn tragedii. Kara była bardzo surowa.
Dlaczego u nas robi się to tak rzadko? Myślę, że dlatego, iż najłatwiej wpisać do akt, że kierowca „nie zachował szczególnej ostrożności”. To jest prawda, tylko że takie sformułowanie niczego nie wyjaśnia. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego tej ostrożności zabrakło. Czy kierowca zasnął? Czy patrzył w telefon? Czy pisał wiadomość? Czy zmieniał ustawienia nawigacji? Tego zazwyczaj się nie bada.
A przecież dopóki nie dowiemy się, co naprawdę doprowadziło do wypadku, będziemy leczyć wyłącznie objawy. Nie zadowala nas informacja, że pacjent zmarł na zatrzymanie krążenia, bo chcemy wiedzieć, dlaczego do tego doszło, a z wypadkami drogowymi jest podobnie: sam zapis o „niezachowaniu szczególnej ostrożności” nie tłumaczy mechanizmu tragedii.
Dlatego uważam, że telefon powinien być badany równie dokładnie jak stan techniczny pojazdu czy trzeźwość kierowcy. Dzisiaj urządzenia mobilne stały się jednym z najpoważniejszych czynników ryzyka, a mimo to bardzo często w ogóle nie sprawdzamy, co działo się z nimi w chwili wypadku.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ kcz/
































































