JP Morgan nieoczekiwanie wycofuje się z handlowania fizycznymi surowcami. To kolejny rozdział trwającej za oceanem sagi dotyczącej zaangażowania banków inwestycyjnych na rynkach surowców.
W komunikacie uzasadniającym decyzję, największy bank w Stanach Zjednoczonych oznajmia, że szuka „strategicznych alternatyw” dla handlowania fizycznymi surowcami. Dział odpowiedzialny za ten segment ma zostać „sprzedany, oddzielony lub stanowić część strategicznego partnerstwa” – informuje spółka. Jednocześnie bank zaznacza, że „pozostanie w pełni oddany tradycyjnej działalności bankowej na rynkach surowcowych tj. instrumenty pochodne czy obrót metalami szlachetnymi”.
W ramach odłączenia oddziału generującego dwie trzecie zysków banku pochodzącego z rynku surowców (2 mld dolarów) pod młotek wystawione mają być m.in 72 magazyny, trzy elektrownie, kontrakty na ropę naftową i gaz oraz rozsiane po całym świecie oddziały zatrudniające setki traderów.
Zły klimat dla surowcowych banków
Oświadczenie o niespodziewanej decyzji JP Morgan wieńczy tydzień, w trakcie, którego amerykańskie władze bacznie przyglądały się działalności banków inwestycyjnych na rynkach surowców. Jak donosiły media, Kongres i Fed poważnie rozważają uchylenie wydanych w 2003 r. zezwoleń, które umożliwiły ekspansję banków na rynkach surowcowych.

Amerykańscy regulatorzy zajęli się także samym JP Morganem. Jak donosi Bloomberg, bank negocjuje z Federalną Komisją Regulacji Energetyki wysokość kary za dopuszczanie się manipulacji na rynku energii. Z nieoficjalnych informacji wynika, że może ona sięgnąć nawet 400 mln dolarów – niewiele mniej niż za podobne przewinienia musi zapłacić brytyjski Barclays.
/mz






























































