Siła polskiego złotego w dalszym ciągu zadziwia analityków. Kurs euro pogłębia wieloletnie minima, zbliżając się do testowania dołków ze stycznia 2018 roku. Jeśliby i one zostały przełamane, to następnym przystankiem może być dopiero poziom 4,00 zł.


W środę o 9:45 kurs euro wynosił 4,1534 zł i był o 0,9 grosza wyższy niż dzień wcześniej, kiedy to para euro-złoty była notowana nawet po 4,1414 zł. Była to najniższa wartość od stycznia 2018 roku. Ówczesne lokalne minimum leży na wysokości 4,1263 zł i teraz stanowi najbliższe techniczne wsparcie.
- Para EURPLN zeszła na chwilę poniżej poziomu 4,15, chociaż później powróciła - ten rejon dalej się broni, ale jego coraz częstsze naruszenia powodują, że warto zastanowić się kiedy zejdziemy w okolice 4,1250-4,13, gdzie można znaleźć wsparcia z początku 2018 r. – napisał w porannym raporcie Marek Rogalski, główny analityk FX DM BOŚ.
Ze względu na układ świeczek sprzed siedmiu lat możemy raczej mówić o strefie wsparcia leżącej w przedziale 4,1260-4,1360 zł i które na gruncie analizy wykresów stanowi najbliższy „punkt zatrzymania” dla szybko spadającego kursu euro do złotego. Natomiast w tych wszystkich (póki co czysto teoretycznych) rozważaniach najciekawsze jest to, że następne potencjalne wsparcie do dopiero linia 4,0000 złotych po raz ostatni osiągnięta wiosną 2015 roku. Czyli już niemal dekadę temu.
W ocenie ekonomistów Pekao powody umacniania złotego pozostają wciąż te same: dysparytet stóp procentowych między strefą euro a Polską oraz korzystne wiatry geopolityczne, czyli szanse na zakończenie wojny na Ukrainie.

Jednakże tak zdecydowane umocnienie złotego zaskoczyło w zasadzie wszystkich rynkowych analityków. Już wchodząc w rok 2025 złoty był bardzo mocny – zwłaszcza w ujęciu realnym, czyli po uwzględnieniu różnic w inflacji między Polską a naszymi głównymi partnerami handlowymi. Także w styczniowej prognozie walutowej nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się, że na koniec 2025 roku kurs EUR/PLN znajdzie się niżej niż 4,20 zł.
Rzecz jasna do końca roku jest jeszcze mnóstwo czasu i na polskim rynku walutowym bardzo wiele może się jeszcze wydarzyć. Pojawiają się też pierwsze sygnały, że tak mocny złoty zaczyna szkodzić polskim eksporterom. W poniedziałek o działania na rzecz osłabienia polskiej waluty zaapelował prezes Mlekovity Dariusz Sapiński. Znamienne jest, że podobne głosy marudzenia na mocnego złotego dochodziły z przemysłu spożywczego także… w sierpniu 2008 roku.
- Sytuacja jest dramatyczna. Przy tak niekorzystnych kursach walut na sprzedaży mięsa za granicę nie da się zarobić – mówił wtedy prezes Związku Polskie Mięso Witold Choiński.
Lamenty eksporterów zostały przez rynek błyskawicznie wysłuchane, bowiem historyczne minimum (tj. w reżymie płynnego kursu złotego) na parze euro-złoty wypadło ostatniego dnia lipca 2008 roku i już w drugim tygodniu sierpnia złoty zaczął szybko tracić. Ówczesne minimum kursu euro znalazło się tuż poniżej 3,20 zł. Pół roku później euro kosztowało ponad 4,91 zł i wtedy my płakaliśmy, a eksporterzy zacierali ręce. Kolejny rekord nominalnej słabości złotego padł w marcu ’22 – gdy rosyjskie wojska stanęły pod Kijowem, kurs euro sięgnął 5 złotych.
Teraz zejście notowań euro w rejon czterech złotych nadal wydaje się skrajnie nieprawdopodobne. Ale z takim samym zadziwieniem analitycy obserwowali zniżkę kursu EUR/PLN w roku 2008. Wtedy nie skończyło się do dla nas dobrze. Tamten rajd złotego napędzały bowiem toksyczne (a dokładnie: źle użyte) opcje walutowe oraz boom na kredyty liborowe denominowane w EUR i przede wszystkim w CHF. Natomiast teraz za aprecjacją euro najprawdopodobniej stoi zagraniczny kapitał, który w dużych ilościach napływa do Polski, licząc na zakończenie wojny rosyjsko-ukraińskiej i zdjęcie z nas odium kraju przyfrontowego. Widać to także w zachowaniu warszawskiej giełdy, gdzie we wtorek WIG20 zameldował się na najwyższym poziomie od sierpnia 2011 roku i w tym roku jest najmocniejszym indeksem giełdowym świata.



























































