Popyt na niektóre produkty (i usługi) jest tak silny, że ciężko je kupić, bo po prostu ich brakuje. Konsumentów nie powstrzymują nawet silne wzrosty cen. Co zrobić, by ograniczyć niedobory i - co za tym idzie - spowolnić inflację? Ludzie muszą mniej kupować - wskazuje przedstawiciel jednej z największych firm transportowych świata.


Wzrost popytu wywiera silną presję na firmy logistyczne, które nie nadążają z dostawami - twierdzi Morten Engelstoft, prezes APM Terminals, spółki należącej do konglomeratu Maersk. To skutkuje niedoborami niektórych towarów "na półkach" i wzrostami cen, co z kolei wywiera presję na nabywców, by kupować produkty, gdy tylko się pojawią, bo może ich zabraknąć, a "taniej (przynajmniej na razie) nie będzie". "Musimy znaleźć sposób na to błędne koło" - wskazuje Engelstoft w rozmowie z "Financial Times".
"Potrzebujemy niższego wzrostu [popytu konsumpcyjnego], aby dać łańcuchowi dostaw czas na nadrobienie zaległości lub rozłożenie wzrostu w inny sposób. W długim okresie będziemy musieli odzyskać wydajność" - dodaje.
W trakcie pandemii COVID-19 silnie wzrósł popyt na surowce, materiały, komponenty czy półprodukty, a handel międzynarodowy przyspieszył. Wraz z koronawirusowymi restrykcjami przełożyło się to m.in. na zakłócenia w łańcuchach dostaw, niedobory towarów i kilkukrotny wzrost kosztów transportu. Problemy po stronie podażowej przy utrzymującym się wysokim popycie konsumpcyjnym czy na materiały budowlane skłoniły sprzedawców do podwyżek cen. Po (tymczasowym?) zduszeniu pandemii w wielu zakątkach globu i otwarciu zamkniętych sektorów, głównie usługowych, pojawił się również "odłożony popyt", tym silniejszy, że covidowy kryzys nie poczynił takiego spustoszenia w portfelach, jak poprzednie, m.in. za sprawą hojnego wsparcia państw, które mocno się na ten cel zadłużyły. Ponadto, zbliża się Boże Narodzenie, czyli okres zakupowego szaleństwa. A już teraz inflacja w Stanach Zjednoczonych czy Polsce przekracza 5 proc. i jest najwyższa od lat.
Jednym ze sposobów na ograniczenie popytu konsumpcyjnego jest podwyżka stóp procentowych. Niektóre kraje już zaczęły podnosić koszty pieniądza, ale w USA, UE czy Polsce nadal pozostają one na historycznie niskich poziomach. Podniesienie stóp proc. działa na zasadzie kija i marchewki. Z jednej strony, poprzez wzrost kosztów kredytu, skutkuje tym, że ludzie mają mniej pieniędzy na wydatki konsumpcyjne, zniechęca również do zaciągania nowych długów, szczególnie na konsumpcję. Z drugiej, poprzez wzrost oprocentowania depozytów (i innych klas aktywów), zachęca do budowania oszczędności.

Aby nie wywołać szoku w gospodarce, władze monetarne podnoszą stopy procentowe stopniowo, chyba że zbyt długo wstrzymywały się z podwyżkami i do gwałtownych reakcji zmusza je rynek. Obecnie stopa referencyjna polskiego banku centralnego wynosi 0,1 proc., przed covidowymi obniżkami było to 1,5 proc. Oba poziomy dzieli zatem dość daleka droga. Oba są na tyle niskie, że nie powinny stanowić bariery dla inwestycyjnych planów przedsiębiorstw. Te jednak mogą ograniczać przede wszystkim obawy o przyszłość - po co ponosić potężne nakłady na zbudowanie adekwatnych mocy produkcyjnych, jeśli bardzo wysoki popyt jest zjawiskiem tymczasowym? A trudno się spodziewać, by utrzymał się on na stałe.
Maciej Kalwasiński






























































