
Image licensed by Ingram Image
Tesco, Walmart, Carrefour i inne wielkie sieci handlowe od dawna marzą o wejściu na indyjski rynek detaliczny. W kraju istnieją już sklepy należące do światowych gigantów, lecz działają na zasadach hurtowni i mogą sprzedawać towar jedynie sklepikarzom. Zapowiedziane przez rząd reformy miały umożliwić prowadzenie supermarketów dla szerokiego grona klientów.
Propozycje zmian oburzyły właścicieli małych sklepów, związki zawodowe i partie opozycyjne. Wczoraj w całym kraju przez cały dzień sklepy pozostały zamknięte. Na skutek protestów w wielu miastach zawieszono funkcjonowanie szkół i urzędów. W stanach Uttar Pradesh i Bihar przeciwnicy zagranicznych sieci handlowych demonstrowali na torach, co sparaliżowało ruch kolejowy.
Wolny handel z pewnymi ograniczeniami
Większa swoboda dla zagranicznych sieci handlowych wcale nie oznacza całkowitego uwolnienia rynku sprzedaży detalicznej. Rząd w Dehli zapowiedział, że zgodę na działanie wyda jedynie tym podmiotom, które zainwestują przynajmniej 100 mln dolarów. Połowa tej kwoty ma zostać przeznaczona na rozwój infrastruktury w obszarach wiejskich.
Supermarkety muszą się też zobowiązać, że 30% oferowanych przez nie towarów będzie pochodzić od lokalnych dostawców. Dodatkowo wielkie sklepy będą mogły działać jedynie w miastach, w których mieszka ponad milion osób. Dopiero spełnienie tych wszystkich warunków umożliwi zagranicznemu inwestorowi posiadanie 51% udziałów w sieci handlowej działającej na terenie Indii.
Tak wysokie wymagania nie odstraszają jednak światowych gigantów handlu. Jak wynika z szacunków Boston Consulting Group, w ciągu 3 lat od uchwalenia nowego prawa bezpośrednie inwestycje zagraniczne w handel detaliczny mogłyby wynieść nawet 16 mld dolarów. Wartość indyjskiego rynku sprzedaży detalicznej szacuje się na 500 mld dolarów rocznie.
Protestujący boją się bezrobocia
Argumenty indyjskich przeciwników supermarketów są takie, jak na całym świecie. W Indiach działa 50 mln małych sklepów. Dla części z nich konieczność konkurowania z Tesco, Carrefourem czy Wal-Martem oznaczać może koniec. Podobnie jak w innych rejonach świata, protestujący milczą o korzyściach dla zwykłych klientów związanych z wejściem do kraju dużych sieci handlowych.
– Międzynarodowe korporacje zniszczą ekonomiczną i społeczną tkankę naszego kraju. Ich wejście do Indii uderzy w sprzedawców, przewoźników, farmerów i inne osoby związane z handlem detalicznym – powiedział agencji AFP stojący na czele protestów Praveen Khandelwal.
– Wielkie firmy przyciągają klientów ustalając ceny na poziomie kosztów. To oznacza, że wielu ludzi straci pracę. Nasze sklepy ucierpią najmocniej – skarżył się dziennikarzowi BBC jeden ze sprzedawców z Nowego Dehli.
Los reform niepewny
Szersze otwarcie drzwi dla zagranicznych sieci handlowych stanowi część proponowanego przez indyjski rząd programu pobudzenia gospodarki. Przedstawiając pakiet reform, władze zapowiedziały również 14% podwyżkę cen paliw oraz ograniczenie subsydiowania butli gazowych dla gospodarstw domowych.
Wdrożeniu reform może przeszkodzić kryzys w koalicji rządzącej Indiami. Wpuszczeniu do kraju zagranicznych sieci handlowych stanowczo sprzeciwiła się partia Trinamoo. Podczas wczorajszej konferencji prasowej jej szefowa Mamata Banerjee oznajmiła, że zrywa koalicję z Indyjskim Kongresem Narodowym. Jeśli partia premiera Manmohana Singha nie znajdzie poparcia dla reform, to indyjski rynek handlu detalicznego nadal pozostanie obiektem marzeń wielkich sieci handlowych.
Michał Żuławiński, Bankier.pl
| Zobacz też: |
| » Czy gospodarcze potęgi skoczą sobie do gardeł? |
| » "FT": cena złota spada przez niższy popyt w Indiach |
| » Gigantyczna awaria w Indiach. Połowa kraju bez prądu |
































































