Wall Street przez długi czas ignorowała kwestię problemów finansowych rządu USA. Inwestorzy zaczęli się niepokoić dopiero wtedy, gdy Białemu Domowi może zabraknąć gotówki już za kilkanaście dni.


Środa przyniosła kontynuację wtorkowej przeceny akcji na nowojorskich parkietach. Dow Jones poszedł w dół o 0,77%, zatrzymując się tuż poniżej 32 800 punktów. S&P500 utracił 0,73% i finiszował z wynikiem 4 115,24 pkt. Nasdaq po spadku o 0,61% zakończył dzień na wysokości 12 484,16 pkt.
Póki co niedawne spadki niewiele wnoszą do szerszego obrazu rynku. Od początku kwietnia na Wall Street trwa flauta. S&P500 nie jest w stanie przebić tegorocznych szczytów (okolice 4 200 pkt.), ale od października pozostaje w lokalnym trendzie wzrostowym. Tak samo jak Nasdaq Composite, któremu jednak kilka dni temu udało się osiągnąć najwyższe wartości od sierpnia.
W centrum uwagi rynków finansowych znalazła się kwestia podwyższenia limitu zadłużenia Stanów Zjednoczonych. Choć temat jest znany przynajmniej od stycznia , to jednak czas szybko ucieka. Sekretarz Skarbu Janet Yellen powtórzyła, że już 1 czerwca rządowi USA mogą skończyć się pieniądze na finansowanie wszystkich wydatków federalnych.Ekonomiści w tym kontekście podają różne daty - w większości mieszczące się w drugim tygodniu przyszłego miesiąca.

Istotą problemu jest fakt, że od lat rząd USA wydaje znacznie więcej pieniędzy, niż zbiera w podatkach. Aby regulować swoje zobowiązania, musi pożyczać coraz więcej pieniędzy, co skutkuje wzrostem zadłużenia publicznego, którego limit Kongres ustalił na 31,4 bln USD. I teraz republikańska większość w Izbie Reprezentantów nie zgadza się na podwyższenie tego limitu bez zobowiązania administracji prezydenta Bidena do ograniczenia tempa wzrostu wydatków państwa.
Trwa więc polityczny pat. W ostatnich kilkunastu latach taka sytuacja miała miejsce wielokrotnie. I za każdym razem politycy „w ostatnich chwili” osiągali porozumienie. Jest dość prawdopodobne, że tak będzie i tym razem. Zawsze jednak pozostaje niewielka szansa na scenariusz „niewyobrażalny” i pojawienie się sytuacji, w której rząd USA nie będzie w stanie zaspokoić wszystkich swoich potrzeb. W skrajnym scenariuszu może wtedy nawet nie wykupić części zapadających obligacji, co byłoby równoznaczne z niewypłacalnością supermocarstwa. Szanse na to są bardzo małe, ale nie zerowe.
Pewną nerwowość widać już na rynku bonów skarbowych – czyli krótkoterminowych papierów dłużnych emitowanych przez rząd USA. Rentowność bonów 1-miesiecznych podskoczyła w środę do 5,83% i jest już o 75 pb. wyższa od bieżącej stopy funduszy federalnych. Nie jest to normalna sytuacja i sugeruje, że część uczestników rynku nie jest do końca przekonana o tym, że USA będą wypłacalne w perspektywie najbliższego miesiąca.
W obliczu takich „egzystencjalnych” problemów bez większego echa przeszła publikacja protokołu z majowego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Kierownictwo FEdu „generalnie zgodziło się”, że potrzeba dalszego podnoszenia stopy funduszy federalnych stała się „mniej pewna”. Lecz tylko „kilku” z nich uznało, że majowa podwyżka była ostatnią w cyklu. Rynek terminowy jest jednak przekonany, że Fed w maju zakończył zaostrzenie polityki pieniężnej i że następnym ruchem będzie obniżka stóp. Oraz że decyzja taka może zapaść już na wrześniowym posiedzeniu FOMC.



























































