Rozbieżność dynamiki
Oczywiście trzeba brać pod uwagę, że wysoki wzrost wydatków był w części zdeterminowany koniecznością wyrównania skutków zaniżonej waloryzacji emerytur i rent w 2000 r. Jeżeli jednak uwzględnimy wydatki budżetu państwa bez dotacji dla FUS i KRUS, to wzrosły one w porównaniu z 2000 r. o 11,9 proc.; elastyczność wynosiła więc około 2. Trudno tego nie uznać za szaleństwo budżetowe już bez żadnych usprawiedliwień.
Wysoki wzrost wydatków budżetowych mógłby być usprawiedliwiony, gdyby towarzyszył mu odpowiedni wzrost dochodów, ale w 2001 r. było wręcz przeciwnie. Dochody wzrosły w stosunku do roku poprzedniego zaledwie o 3,4 proc., przy czym wzrost nastąpił wyłącznie dzięki dochodom nadzwyczajnym. Do dochodów nadzwyczajnych – w oficjalnym sprawozdaniach kategoria ta nie występuje, choć jest nader instruktywna – zaliczam dochody jednorazowe i nieregularne: wpłaty NBP, opłaty koncesyjne UMTS oraz dochody zagraniczne. W 2001 r. były one prawie czterokrotnie wyższe niż w 2000 r., natomiast pozostałe dochody były niższe o 1,3 proc. Na spadek wpływów z podatku od osób prawnych (o 21,3 proc.) oraz ceł (o19,6 proc.) wpływ wywarły realizowane zgodnie z wieloletnimi programami obniżki stawek, choć spadek nie powinien z tego powodu być aż tak duży. Wpływy z podatków pośrednich wzrosły zaledwie o 3,3 proc., a z podatku dochodowego od osób fizycznych o 1,3 proc., a wiec w stopniu znacznie słabszym od wzrostu nominalnego PKB (prawie o 6 proc.), mimo że nie nastąpiły żadne zmiany systemowe, które mogły to tłumaczyć. Wszystko to wskazuje, że funkcjonowanie systemu dochodów budżetowych pozostawia dużo do życzenia.
Tak wielka rozbieżność w dynamice wydatków musiała doprowadzić do ogromnego wzrostu deficytu budżetu państwa. Wyniósł on 322,6 mld zł, co stanowi 4,4 proc. nominalnego PKB, podczas gdy przed rokiem stanowił tylko 2,3 proc. PKB. Konsekwencją wzrostu deficytu był zwiększony drenaż oszczędności prywatnych, tym większy, iż równocześnie skurczyły się przychody z prywatyzacji (pochodzące w przeważającej mierze z zagranicy); o ile w 2000 r. wynosiły one 26,7 mld zł, to w 2001 r. tylko 6,5 mld zł. W tej sytuacji wpływy ze sprzedaży skarbowych papierów wartościowych (obligacji i bonów) netto, tzn. po potrąceniu wykupu papierów, na które zapadły terminy, wzrosły z 5,7 mld zł w 2000 r. do 28,9 mld zł, a więc pięciokrotnie. Podana kwota nie obejmuje nominowanych w USD obligacji o wartości 8,7 mld zł przekazanych dla NBP w zamian za sfinansowanie spłaty długu brazylijskiego.
Oszczędności zaangażowane
Pewną część papierów skarbowych nabyli inwestorzy zagraniczni. Można szacować, że stanowiła ona 15 do 17 proc. całości wpływów. Na inwestorów krajowych przypadałoby więc 24 do 25 mld zł. Powstaje pytanie, jaką to stanowiło część oszczędności prywatnych. Według danych ogłoszonych przez GUS oszczędności prywatne stanowiły w 1998 r. 19,5 proc. PKB. a więc w 1999 r. 18,3 proc. (Rachunki Narodowe 1994 –1999, GUS, Warszawa 2001). Dla 2000 r. takich danych jeszcze nie ma, tym bardziej dla 2001 r. jednakże uwzględniając, iż w sytuacji recesyjnej skłonność do oszczędzania maleje, wydaje się wysoce prawdopodobne, że oszczędności prywatne ukształtowały się na poziomie, co najwyżej 124 mld (nieco ponad 17 proc. PKB). Oznaczałoby to, że w drodze sprzedaży skarbowych papierów wartościowych przyjęto na potrzeby finansowania deficytu budżetowego około 20 proc. oszczędności prywatnych. Do tego trzeba dodać jeszcze jakieś 5 do 8 mld zł pożyczek różnego rodzaju zaciągniętych prze fundusze celowe, samorządy, ZOZ-y i inne podmioty sektora finansów publicznych, także pochodzące z oszczędności prywatnych, co oznacza, że skala łącznego drenażu oszczędności prywatnych sięga jednej czwartej. W sytuacji recesyjnej, gdy spadają nakłady inwestycyjne (przez trzy kwartały 2001 r. nakład brutto na środki trwałe były o 4,8 proc. niższe niż przed rokiem) przejmowane w takich rozmiarach oszczędności prywatnych na potrzeby budżetu nie jest groźne.
Oznacza to, że oszczędności niepotrzebne na finansowanie inwestycji znajdują inne możliwości wykorzystania. Jednakże, kiedy skończy się recesja i zacznie wzrastać skłonność do inwestowania, utrzymywanie tak wysokiego budżetowego drenażu oszczędności prywatnych miałoby fatalne skutki dla wzrostu gospodarczego Polski. Niezbędne więc będzie zmniejszenie skali drenażu, co zapewnić może jedynie obniżenie deficytu.
Andrzej Wernik



























































