Stabilnie w górę - to od lipca obowiązujące hasło na Wall Street. W myśl tej maksymy średnia przemysłowa Dow Jonesa w środę spokojnie podeszła pod 27 000 punktów, wyznaczając nowy rekord wszech czasów.


Pewnie niejeden komentator odczuwa déjà vu z ubiegłego roku, gdy nowojorskie indeksy wręcz nienaturalnie spokojnie i konsekwentnie pięły się w górę. Wtedy skończyło się to gwałtowną korektą w lutym i w marcu. Ale od lipca indeksy przy z Wall Street znów idą w górę, rysując świeczki jakby od linijki.
Środa podobnie jak wtorek była popisem blue chipów. Dow Jones ruszył w górę o 0,20%, choć w końcowej części sesji roztrwonił sporą część początkowej zwyżki. Niemniej jednak kolejny okrągły poziom - tym razem 27 000 punktów - znalazł się na wyciągnięcie ręki.
Zobacz także
Ponownie słabiej radził sobie szerszy rynek reprezentowany przez indeks S&P500, który drgnął w górę o ledwie 0,07%. Nasdaq po spadku we wtorek dziś urósł o 0,32%. Wszystkie trzy główne amerykańskie indeksy rzecz jasna w dalszym ciągu znajdują się blisko rekordów.

Znacznie ciekawiej było w innych segmentach rynku finansowego. Pomimo lekkiego uspokojenia napięcia wokół Włoch kurs EUR/USD zaliczył kolejny wyraźny spadek, schodząc w pobliże najniższego poziomu od sierpnia. Dolara wspierała rosnąca rentowność amerykańskich obligacji skarbowych. 10-letnie Treasuries płacą ponad 3,15%, a więc najwięcej od 7 lat! Na najwyższym poziomie od 2008 roku znalazła się rentowność papierów 2-letnich, która wspięła się na wysokość 2,86%.
Z rosnących rynkowych stóp procentowych i umacniającego się dolara nic sobie nie robiły notowania ropy naftowej, które poszły w górę o ponad 1,5%, osiągając najwyższą cenę od 4 lat (ponad 86 USD za baryłkę). Było to o tyle dziwne, że cotygodniowy raport EIA pokazał bardzo silny wzrost zapasów surowca w Stanach Zjednoczonych. Komercyjne rezerwy ropy zwiększyły się o blisko 8 mln baryłek, a więc cztery razy więcej od oczekiwań analityków.
Krzysztof Kolany




























































