REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Dlaczego Estonia bogaci się szybciej niż Polska?

2005-10-19 06:00
publikacja
2005-10-19 06:00
W jednym z tallińskich kiosków przeglądamy popularne światowe miesięczniki. Wiele z nich można jednak kupić wyłącznie w wersji wydrukowanej po drugiej stronie Zatoki Fińskiej. Po chwili poznajemy przyczynę tego stanu rzeczy.

– Tu mieszka tylko 1,36 mln ludzi, z czego 400 tys. w Tallinie – mówi Sławomir Strzałkowski, radca Wydziału Ekonomiczno-Handlowego naszej ambasady w Estonii. Lokalnych edycji wielu magazynów zwyczajnie nie opłaca się drukować na tak małym rynku. Wystarczy dosłać trochę z Helsinek. Zresztą, po co drukować, skoro język nie jest barierą?

– Estończycy są w stanie porozumieć się z Finami w rodzimych językach, jeśli obie strony mówią powoli i wyraźnie – dodaje nasz rozmówca. – I choć do tej samej rodziny języków należy także węgierski, to jednak Madziarzy nie mogliby zostać tutaj zrozumiani. Jednak Węgrzy pojawiają się w Estonii sporadycznie. O wiele łatwiej spotkać tu Finów robiących zakupy. Nic dziwnego: Helsinki od Tallina dzieli tylko 80 kilometrów. Nowoczesny dwukadłubowy prom pokonuje ten dystans zaledwie w 1,5 godziny.

– Ceny w Estonii są niższe o 30 proc., więc Finowie przyjeżdżają tu nie tylko w weekendy, ale nawet w środku tygodnia – na zwykłe domowe zakupy – wyjaśnia radca handlowy. Spośród 4 mln turystów, którzy odwiedzili Estonię w 2004 r., aż połowę stanowili właśnie Finowie. Jak magnes przyciąga ich do tego kraju np. znacznie tańszy alkohol. Wyprawy Finów do Tallina po wysokoprocentowe napoje stały się wręcz lokalną tradycją. Przed wejściem Estonii do UE wspierały ją obowiązujące na promach kusząco niskie ceny strefy wolnocłowej.

Dziś sklepy duty-free z promów zniknęły, ale tradycja… pozostała. Kokosy robią na tym estońscy dystrybutorzy i producenci alkoholi. W zeszłym roku sprzedaż mocnych alkoholi przyniosła im w sumie 900 mln koron (220 mln zł) czystego zysku. Nawiasem mówiąc, w Tallinie pełno jest doskonale zaopatrzonych sklepów z alkoholem.

W obiekcie wielkości połowy polskiego osiedlowego marketu, półki od góry do dołu uginają się pod produktami z gorzelni całego świata. Poza… polskimi.

Cóż, sami Estończycy też za kołnierz nie wylewają – jak Rosjanie. I – przede wszystkim – Skandynawowie. Bo choć kraj ten zaliczany jest do grupy małych państw nadbałtyckich, to przecież zawsze bliżej mu było do Finlandii niż do Litwy, już nie mówiąc o okupującej go przez pół wieku sowieckiej Rosji.

– Przez chmury, które wiszą tu okrągły rok, ludzie wpadają w depresję – mówi Sławomir Strzałkowski. – To tłumaczy Finów i Estończyków z ich zakupów w sklepach monopolowych. Lecz co na to nasi eksporterzy?

– Wysyłamy swoje produkty do Estonii, ale trzeba przyznać, że w skali firmy są to ilości śladowe – mówi Sławomir Gwoździej, członek zarządu Polmosu Białystok, który właśnie jest przejmowany przez dystrybutora alkoholi CEDC. – To jest trudny rynek. Kiedyś – w latach 80. – mieliśmy tam mocniejszą pozycję, ale teraz na wschodzie rozwinęła się produkcja i wejście jest trudniejsze. Nie odpuścimy jednak sobie tego kraju.

Zdobycie estońskiego rynku jest trudne, ponieważ tak naprawdę oznacza opanowanie… Tallina. Tam właśnie mieszka znaczna część bogatych mieszkańców Estonii (w stolicy żyje 30 proc. lokalnej populacji). To właśnie Tallin jest sercem estońskiej gospodarki – tu powstają dwie trzecie PKB tego kraju. Estończycy wprawdzie stale się bogacą (ich dochody rosną w tempie 8 – 10 proc. rocznie), ale nadal średnia pensja sięga zaledwie 460 euro. W 2004 r. tylko 650 obywateli osiągnęło oficjalne dochody powyżej 1 mln koron, czyli ponad 250 tys. złotych.

Skąd więc wzięła się opinia o bogactwie obywateli tego kraju? Na ulicach Tallina i innych miast pełno jest luksusowych samochodów. Powód takiego konsumpcyjnego zrywu? Bardzo prosty. Estonia już dwa lata temu sztywno powiązała kurs korony z euro, a spadek inflacji wymusił obniżkę stóp procentowych, przez co kredyty stały się tańsze. Samochód można kupić za pożyczkę oprocentowaną 2,5 – 3 proc. rocznie. W tej sytuacji każdy, kto uzyskuje jako takie regularne dochody, może sobie pozwolić na zakup auta.

– Gospodarka Estonii oparta jest na wydatkach konsumenckich – potwierdza Sławomir Strzałkowski. – Nawet moja asystentka, która nie zarabia przesadnie dużo, ma swoją własną toyotę yaris, której spłata kosztuje ją niewiele ponad 100 euro miesięcznie. To właśnie eksplozja popytu wewnętrznego stoi za 7-proc. wzrostem PKB Estonii w I kwartale tego roku. Popyt stymulowany jest przez banki – w samym tylko 2004 r. wartość kredytów zaciągniętych przez Estończyków wzrosła o 34 proc., do 29 mld koron (7 mld zł, czyli statystycznie licząc – 5,4 tys. zł na osobę). Tak właśnie wyglądała, w ujęciu makro, przedakcesyjna gorączka zakupowa.

Trzeba przyznać, że politycy robią naprawdę wiele, by ten wewnętrzny popyt odpowiednio stymulować. Podatek liniowy obowiązuje w praktyce od pierwszych lat niepodległości. Obecnie estoński rząd wdraża kolejną reformę fiskalną – w ciągu trzech lat stopa podatkowa spadnie z 26 do 20 procent. W 2005 r. już obniżyła się o dwa punkty procentowe. Dzięki temu rosną nie tylko realne wynagrodzenia brutto, ale także – jeszcze szybciej – pensje wypłacane na rękę.

Z drugiej strony, do inwestowania pobudzane są także firmy. Jeśli przedsiębiorstwo reinwestuje swoje zyski, wówczas jego dochód nie jest opodatkowany. W rezultacie, podatek dochodowy dla firm w praktyce tu nie istnieje. Dopiero gdy przychodzi moment wypłaty dywidendy, właściciele przedsiębiorstwa muszą się nią podzielić z fiskusem. Tak agresywna polityka podatkowa nie jest prowadzona w żadnym innym kraju Starego Kontynentu, ale przecież Estonia, chcąc zwabić inwestorów, musi mieć – z racji swego położenia geograficznego – jakieś atuty.

Estonia jest więc obszarem prawdziwych swobód gospodarczych. Rząd nie faworyzuje nikogo, jeśli chodzi o udział w przetargach publicznych, a założenie firmy jest dziecinnie proste. Wystarczy wypełnić formularz przez internet i... już. Przesłanie wniosku jest równoznaczne z założeniem nowego biznesu. Dodatkowym ułatwieniem – wcale nie- małym – jest powszechna wśród mieszkańców znajomość języka angielskiego. Ma to ogromne znaczenie, bo nauczyć się estońskiego jest niesłychanie trudno, a kontaktować się z urzędnikami jakoś przecież trzeba. Nawiasem mówiąc, to właśnie trudny język estoński rozwiązał problem ogromnej liczby żyjących tu rosyjskojęzycznych mieszkańców – niechcianego spadku po byłym ZSRR. Aby zostać obywatelem Estonii, trzeba było bowiem zdać państwowy egzamin z tutejszego języka...

– Komputeryzacja i łączność internetowa są tu powszechne – dodaje jeszcze Sławomir Strzałkowski. – Z rządem kontaktujemy się, wysyłając do siebie maile. To wystarcza. Dostęp do stałego łącza internetowego deklaruje co trzeci Estończyk. W praktyce oznacza to, że komputerem posługuje się niemal każdy. Ale mimo zaawansowanego technicznie społeczeństwa (za miejsce parkingowe można zapłacić SMS-em), Estonia zbyt wielu atutów nie ma. Wadą rynku pracy jest choćby brak wykwalifikowanych fachowców, zwłaszcza rzemieślników.

– Gdy odwiedzi się nowe domy mieszkańców Tallina, można zauważyć, że w niemal żadnym z nich nie ma położonego parkietu – mówi radca handlowy naszej ambasady. – Dlaczego? Bo nikt nie potrafi tego porządnie zrobić. W dodatku mało tu punktów serwisowych sprzętu AGD czy nawet zwyczajnych warsztatów samochodowych. Takich specjalistów bardzo tu brakuje.

Estonia przeżywa bowiem od kilku lat odpływ wykwalifikowanej siły roboczej. Wielu doświadczonych pracowników znalazło zatrudnienie w pobliskiej zaprzyjaźnionej Finlandii. Szacunki są różne, ale tutejsza prasa ocenia, że na co dzień na północ od Tallina pracuje ok. 150 tys. Estończyków, a sami Finowie mówią o 200 tysiącach. Nawet jeśli przyjąć, że tkwi w tym trochę przesady (czynnych zawodowo jest tylko 600 tys. Estończyków), to i tak problem istnieje. I wcale nie należy do błahych.

Powiększa go stosunkowo niewysoki przyrost naturalny i brak większych ośrodków akademickich. Niewielka liczba wykształconych osób dodatkowo utrudnia zatem przekonywanie inwestorów, by działali w Estonii.

W 2004 r. wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych spadła w tym kraju o 3 mld koron (20 mln euro) i była o 20 proc. niższa niż w 2003 roku.

Ale są i pozytywy. 2005 r. przyniósł tu skokowy wzrost eksportu (w czerwcu był on o 25 proc. wyższy niż przed rokiem, w kilku poprzednich miesiącach jego dynamika przekraczała 30 procent). Przełożyło się to na silny wzrost zatrudnienia: stopa bezrobocia spadła do 8 proc. (z 10 proc. pod koniec 2004 r.), zdecydowanie przekraczając rządowe oczekiwania.

Estoński eksport ukierunkowany jest przede wszystkim na kraje Morza Bałtyckiego – Finlandię i Szwecję, które są tradycyjnym rejonem eksploracji rodzimych firm (Estonia jako jedyna republika ZSRR miała prawo do, w miarę samodzielnego, handlu z Finlandią). Wymiana handlowa (Finlandia to ok. 23 proc. handlu zagranicznego Estonii, Szwecja – ok. 12 proc.) odzwierciedla zresztą stan inwestycji w tutejszej gospodarce. 55 proc. wszystkich inwestycji bezpośrednich (o wartości 840 mln euro) to efekt działania firm fińskich i szwedzkich. Swoją fabrykę podzespołów założyła tu np. Nokia.

Stosunkowo wysokie koszty zatrudnienia (we wschodniej Polsce są niższe) i płytki rynek pracy sprawiają, że nasze firmy nie traktują Estonii jako miejsca inwestycji. Bank Handlowy posiadał mniejszościowy pakiet akcji estońskiego Hansa Banku, ale dość krótko. Polsat otworzył tu i zamknął stację telewizyjną – oto największe osiągnięcia polskiego biznesu w tym nadbałtyckim kraju. Kwitnie za to wymiana handlowa, a przede wszystkim – nasz eksport do Estonii.

Swoje sklepy ma w Tallinie sieć Reserved, salon z garniturami otworzył także poznański Sunset Suits. A w ostatnich miesiącach – zwłaszcza po rozszerzeniu UE – lokalny rynek zdobywa polska żywność.

– Można powiedzieć, że oni właśnie odkrywają nasz kraj, nasze możliwości produkowania smacznej i taniej żywności – ocenia polski radca handlowy. Potwierdzają to dane statystyczne. W 2004 r. udział żywności w naszym eksporcie do Estonii wzrósł blisko czterokrotnie: z 4,5 do 16,5 procent. Wprawdzie wartość całego eksportu nie jest duża (220 mln euro), ale trzeba pamiętać o skali rynku. To tak, jakby każdy z Estończyków zjadł żywność z Polski za ok. 110 złotych. A przecież eksport żywności nadal rośnie.

– Co roku notujemy dwucyfrowy wzrost sprzedaży naszych produktów w krajach nadbałtyckich, a poszerzenie UE znacznie uprościło załatwianie spraw formalnych – mówi Bogumiła Radwańska z Danone Polska.

Rozszerzenie ułatwiło eksport do tego stopnia, że choć Danone zarzeka się, iż produkty z Polski posiadają etykiety w rodzimym języku Estończyków, to jednak w sklepach można bez trudu znaleźć towary opisane wyłącznie w języku polskim. Najwyraźniej zakup towarów na własną rękę w Polsce i przewóz ich przez trzy granice, nie stanowi dla dostawców problemu. – Jesteśmy tam już ponad dwa lata, bo kraje nadbałtyckie są dla nas istotnym rynkiem – deklaruje Joanna Bancerowska z Agros-Nova, drugiego co do wielkości producenta soków i napojów w Polsce. – W zeszłym roku przeprowadziliśmy nawet kampanię sponsoringową w estońskiej telewizji.

Natomiast w ostatnich dniach podjęliśmy decyzję o wprowadzeniu na ten rynek nowej marki soków. Naprawdę widzimy tam duży potencjał.

Jedno, o czym warto pamiętać, to fakt, że Estończycy są narodem skandynawskim – ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Są więc solidni i odpowiedzialni, planują powoli, decyzje – zwłaszcza biznesowe – podejmują długo. A kupują produkty wyłącznie sprawdzone i dobre. Płynie z tego podstawowy wniosek dla polskich handlowców i producentów: na niską jakość na tym rynku pozwolić sobie po prostu nie można.

Emil Szweda
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Estonia

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki