"Daliśmy Polsce szansę. Ale nie dziwimy się tym, którzy nie chcą wracać" [Zawróceni]

zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl

Na Islandię, mimo surowego klimatu i trudnego języka, przyciągają dobre warunki zatrudnienia i życie, w którym jest czas na pracę i na rodzinę. Powrót z emigracji miał dać dziecku dziadków, a mężowi powrót na dawne zawodowe tory, o co było trudno za granicą. Jednak dzisiaj z powrotem są w Reykjaviku. Twierdzą, że pobyt w Polsce skutecznie wyleczył ich z naiwnych marzeń.

Historia Doroty to kolejny reportaż publikowany w ramach nowego cyklu Bankier.pl - „Zawróceni z emigracji”. Przyglądamy się w nim realiom powrotów z emigracji, poszukując odpowiedzi na pytanie, czy warto wyjeżdżać, a później zmienić decyzję. Są tu różni bohaterowie, różne powody przeprowadzek za granicę i zupełnie różna rzeczywistość zastana po kilku latach nieobecności w Polsce.

Tata ostrzegał

Gdy Dorota jechała na saksy do Anglii, w Polsce była pracownikiem bankowego call-center. Już pierwsza złapana na Wyspach praca nie zachęcała do powrotu. Zarobki w domu dla osób starszych w Surrey były niezłe, a wizja każdej kolejnej pracy obiecywała tylko więcej. Pensja w Polsce wydawała się przy tym śmieszna, zadzwoniła więc do szefowej oznajmić, że nie wraca. W słuchawce dało się słyszeć zrozumienie.

„Zdarzyło się to, o czym bardzo mocno uprzedzał mnie tata, który swego czasu też jeździł zarobkowo za granicę. Jeszcze przed wyjazdem mówił mi »Uważaj, bo kiedy zaczniesz tam zarabiać, będzie ci bardzo ciężko wrócić i pracować za 1200 zł, pogodzić się z tym, że masz pracować tak samo ciężko albo i ciężej, a zarabiać ułamek tego, ile płacono ci gdzieś indziej«.”

Po roku na Wyspach poznała Marcina, który później miał zostać jej mężem. Mniej ważne stało się gdzie, bardziej, żeby razem. Zostali w Anglii na dłużej, choć z rozmów zawsze wynikało, że długofalowo miejsce dla siebie widzą w Polsce. Mąż nie miał w Wielkiej Brytanii tyle szczęścia, co ona. Nie znając angielskiego, pracował w fabryce, gdzie nie najlepiej traktowano Polaków. Powstrzymywanie się od komentarzy wobec działań pracodawcy kosztowało go dużo wysiłku. Któregoś dnia kolega przysłał im SMS-a, że dzięki łódzkiemu pośredniakowi właśnie się wyprowadza i będzie kierowcą autobusów na Islandii.

„To była jeszcze era telefonów komórkowych starszej generacji i patrząc na mały ekran, byliśmy przekonani, że to musi być literówka i że chodzi o wyjazd do Irlandii.”

Właściwie to ten znajomy zachęcił ich do przyjazdu. Opowiadał, że Islandia to drugi "Przystanek Alaska", wszystko nowe, ładne, a że pracy nie brakowało, po iluś rozmowach na ten temat stwierdzili, że może warto. Chcieli być w miejscu, gdzie oboje będą chodzić do pracy z uśmiechem na twarzy i niczym się nie przejmować. Decyzja o wyjeździe zapadła na dobre. Liczyli na spokojną pracę z godziwą płacą, która pozwoli trochę odłożyć. Bez szarpania się, odmawiania sobie przyjemności i poczucia, że jest się nieszczęśliwym emigrantem u kogoś pod butem. Ustatkują się, pożyją tak kilka lat, ale docelowo i tak zawiną do Polski. Wtedy, w 2007 roku, pomiędzy Anglią a Islandią, zrobili sobie kilkumiesięczny postój w Polsce. On robił kursy na kierowcę autobusów, ona przez internet szukała pracy dla siebie. Na trzy dni przed jego wylotem dostała propozycję etatu w hotelu – pomógł angielski, niemiecki i fakt, że szukano kogoś gotowego zacząć niemal od zaraz. Zaczynali z niczym; mieli paszport, walizkę ubrań i odrobinę pieniędzy na start.

Dorota wraz z mężem emigrowali do Islandii, wrócili do Polski, a później ponownie wyprowadzili się do Reykjaviku
Dorota wraz z mężem emigrowali do Islandii, wrócili do Polski, a później ponownie wyprowadzili się do Reykjaviku

Początki na Islandii były gładkie. Zamieszkali razem, korzystając z zakwaterowania, które oferował pracodawca Doroty. Tutejszy pesel, bez którego nie załatwi się niczego i konto w banku zorganizowali wyjątkowo szybko, jak na przyjeżdżających do pracy imigrantów. Pracodawca Marcina był w ciężkim szoku, przyzwyczajony, że obcokrajowców, często z Polski, prowadzi się tu na początku za rękę. Życie upływało przyjemnie i bez większych trudności. Dzięki pracy Doroty w hotelowej recepcji wzięli udział w niejednej wycieczce, podglądając piękno Islandii z bliska. Wkrótce zmieniła pracę i wynajęli mieszkanie. Zwiedzali, zarabiali dobre pieniądze, odkładali i byli zadowoleni. Parę razy pojawiły się rozmowy o tym, jak długo ma trwać ten islandzki epizod. Padały niezobowiązujące terminy zbliżone do pięciu lat. Ale po mniej więcej dwóch latach coraz silniej czuło się, że dom jest teraz na Północy.

Nauczyli się też języka. Prawie każdy Islandczyk mówi po angielsku, dlatego turyści nie mają tu komunikacyjnych kłopotów. Kiedy jednak autochton widzi, że języka nie zna miejscowy, reaguje inaczej. Ta społeczność bardzo docenia lingwistyczne wysiłki nowych mieszkańców. Tym bardziej, że nie jest to prosta sztuka.

„Kiedy w Anglii mąż chciał się uczyć angielskiego, słuchaliśmy lokalnego radia i oglądaliśmy filmy bez tłumaczenia. W ciągu kilku miesięcy znajomość języka wyraźnie się polepszyła. Na początku obraliśmy tę samą taktykę z islandzkim, ale nie rozumieliśmy zupełnie nic. Dla Polaka to język niepodobny do niczego, zajmuje dużo czasu, zanim zaczniesz ze zrozumieniem czytać islandzkie gazety.”

Porozumiewanie się po islandzku było wymogiem szefa Doroty w drugiej pracy. Zależało mu na tyle, że kurs mogła kończyć w godzinach pracy. Wystarczyło więc chcieć, narzędzia były dane. Było warto - znajomość tak mało intuicyjnego dla Polaka języka umie wyleczyć człowieka z poczucia wyobcowania w nie swoim kraju. Mimo to, sami wiedzą o mnóstwie Polaków, którzy są w Islandii po 20 lat, ale zamknięci we własnych społecznościach, jak te z dzielnicy Breiðholt, do dzisiaj nie nauczyli się lokalnego języka i nigdy nie byli w miejscowym kinie.

Dla dziadków i VIP-ów

Kiedy Dorota zaszła w ciążę, chciała urodzić w Polsce i spędzić tam pierwsze pół roku macierzyństwa. Wiedziała, że poród na Islandii uziemi ją tam na co najmniej kilka kolejnych miesięcy, wymyśliła więc, że wyjedzie do rodziców w ostatnim dobrym na to momencie. Mieli lecieć na półtora miesiąca przed rozwiązaniem. Mieli, bo w tym samym czasie w Marcinie uaktywniły się tęsknoty za dawną, lubianą pracą w ochronie VIP, czym parał się przed wyjazdem za granicę. Chciał wrócić z Dorotą, zainwestować w odpowiednie kursy i znaleźć w Polsce stałą pracę w tej branży. Spakowali dobytek do ostatniego widelca i jesienią wyjechali do Polski na nie wiadomo jak długo. Uprzedziła szefa, że mogą nie wrócić, a on obiecał, że praca na ten powrót na pewno zaczeka.

(Archiwum prywatne)

Powiększenie rodziny przebiegło zgodnie z planem, utrudnienia pojawiły się na innych polach. Zaskakującym szokiem dla organizmu był mocno męczący na początku wszechobecny język polski. Obcy język zwraca naszą uwagę, jeśli tego chcemy – wystarczy się wsłuchać, żeby zrozumieć. Kiedy chcemy go zignorować, pozostaje niczym niewyraźne brzęczenie w tle. W Polsce tak się nie dało. Natrętnie sączące się do głowy rozmowy było słychać z każdej strony, jak w ulu.

Druga fala uderzeniowa wzbierała w urzędach. Mentalność islandzkiego urzędnika zakłada, że kiedy się da coś załatwić, to się tę okazję wykorzystuje. Jeśli więc petent się z czymś spóźnił, ale można by jeszcze taki dokument przyjąć, to się go przyjmuje. Mimo zaledwie kilku lat nieobecności, w Polsce nadal wszystko szło pod górkę.

„W Islandii sprawy urzędowe to kwestia złożenia odpowiednich dokumentów w odpowiednim miejscu. W Polsce to wciąż użeranie się. Mieliśmy pretensje do życia dlaczego jest tak, skoro może być inaczej. Znajomi śmiali się, że poprzewracało nam się w głowach - zalecali pogrubić skórę i przestać użalać się nad sobą.”

Dorota obiecała ojcu, że pomoże mu w firmie, więc nie szukała pracy, ale wie, że w Jeleniej Górze nie byłoby wielu zawodowych możliwości. Mimochodem przeglądała różne oferty, inne podsyłali znajomi. Wszędzie był ten sam problem – kiedy dochodziło do rozmowy o zarobkach, warunki okazywały się śmieszne. Owszem, pracodawca docenia kilka lat zagranicznego doświadczenia, znajomość języków i kwalifikacje, ale na koniec szczerze przyznaje, że nie jest w stanie zaproponować wiele więcej niż najniższa krajowa. Dlatego nie dziwi się tym, którzy jak ona kiedyś, nie chcą wracać.

„Jeżeli kogoś, kto pracuje zwłaszcza w wąskiej specjalizacji, docenią za granicą, to nie wiem, co musiałoby go skusić do powrotu do kraju.”

Wiedziała, że lepsza może czekać na nią w Warszawie, ale przecież wrócili, żeby być z bliskimi w Jeleniej Górze. A to już inny rynek pracy i bardziej ograniczone płace. Poczucie nierówności między obydwoma krajami nie dotyczy wyłącznie zarobków. Islandzki system bardzo dba o prawa pracownika – w zakresie płacy, czasu na odpoczynek, listy obowiązków - nieważne czy w biurze, czy w fabryce. Przystosowanie się do tych reguł na początku sprawia Polakom trudność. Kiedy o 10:00 zaczyna się przerwa, Islandczycy odkładają swoją pracę i wychodzą. To ich czas na kawę, śniadanie albo spacer. Polak, przyzwyczajony, że najlepiej, by nikt nie przyłapał go na choćby wyjściu po herbatę, nie jest pewny, czy może lub czy powinien. Kiedy w Islandii gorzej się czujesz, przełożony nie robi problemu, żebyś wyszedł na krótki spacer. W wielu firmach w Polsce to nadal nie do pomyślenia. Te drobnostki uzmysławiają ogromną różnicę w postawie pracodawcy w obydwu krajach. Nad Wisłą nadal króluje mentalność „jeśli ci się nie podoba, to na twoje miejsce czeka sto innych osób”. Ich samych też nie ominęły problemy na rynku pracy. Mimo ukończonych szkoleń i zdobytych certyfikatów, Marcinowi było trudno o wymarzoną pracę. Tak trudno, że latem następnego roku wrócił do Islandii dorobić jako kierowca turystycznych autobusów. Ten wakacyjny epizod tylko utwierdził go w przekonaniu, że chce pracować w ochronie VIP. Niestety większość ofert wiązała się z dość marną pensją, a branie czegokolwiek, żeby później wyczekiwać „do pierwszego” nie wchodziło w grę.

Udało się dopiero półtora roku później, kiedy Dorota drugi raz zaszła w ciążę. On jeździł z VIP-em, ona pracowała z ojcem w jego firmie ubezpieczeniowej. Jak mówi, wtedy zupełnie wrzuciła na luz. Oswoiła się z myślą, że zostaną w Polsce, co z racji bliskości rodziny było opcją wyraźnie na plus. Wkrótce kupili w Polsce dom. Posiadanie dziadka własnych dzieci za szefa pozwalało pogodzić pracę z codziennymi obowiązkami. Ale to, co było wygodą, było też pułapką – w końcu wszystko kręciło się wokół domu, z którego czasem chciała uciec tylko po to, żeby spotkać innych dorosłych ludzi, jak mówi - podbić kartę gdzieś na zakładzie i przez kilka godzin psychicznie odpocząć od naprzemiennego prania, sprzątania i pracy w tych samych czterech ścianach. Mimo wszystko była zadowolona, że zostają w Polsce.

„Cieszyliśmy się, że jesteśmy u siebie, że mamy rodzinę, możemy wsiąść w auto i do każdego z nich pojechać. Było miło mieć tych ludzi na wyciągnięcie ręki. Docenialiśmy tutejszą pogodę i naturę, było dużo pozytywów.”

(YAY Foto)
Wyleczeni z marzeń

To, do czego tak dążyli po powrocie, z czasem zaczęło obracać się przeciwko nim. Marcin dostał pracę w ochronie jednego z najważniejszych VIP-ów w Polsce. Początkowa euforia przyćmiła niedogodności, jakie miały wiązać się z tym etatem. Przez cztery dni kursował między Poznaniem a Warszawą, na cztery kolejne mógł wracać do rodziny w Jeleniej Górze. Ten system z czasem, szczególnie przy dwójce dzieci, sprawdzał się coraz gorzej. Po czterech intensywnych dniach pracy trzeba było wrócić do domu przez pół Polski. Następny dzień zawsze schodził na adaptację, kolejne dwa to właściwe życie z rodziną, a czwarty – pakowanie się i wyjazd. W którymś momencie zaczęło do nich docierać, że w takim modelu życie rodzinne właściwie nie istnieje.

„Zadajesz sobie pytanie - po co to wszystko. Dla lepszych pieniędzy? A kiedy masz już te pieniądze – co z nimi zrobisz? Nie możesz nawet wydać ich na rodzinę, bo ciągle cię nie ma w domu. W którymś momencie znowu doszliśmy do wniosku, że chcemy gdzieś być, gdzie oboje będziemy mieli spokojną pracę, a po niej czas dla rodziny, na spacer, basen, kino czy swoje przyjemności. Gdzieś, gdzie nie trzeba zajechać się do zera, żeby zarobić przyzwoite pieniądze.”

Po 2,5-3 latach od przyjazdu przyszły nieśmiałe myśli o ponownym wyjeździe. Pewnie nie byłoby na nie miejsca w głowach, gdyby nie te poprzednie wyprowadzki. Dorota twierdzi, że emigracja uczy doceniać siebie. Zbudowani doświadczeniami najpierw z Anglii, a później z Islandii, po powrocie do Polski wiedzieli, że mało co może ich złamać. Że nie ma sytuacji bez wyjścia i z każdą można dać sobie radę. Jeśli nie w tym miejscu, to w innym, jeśli nie z tym pracodawcą, to z innym. Świat stał otworem, perspektywy nie były już niczym ograniczone. Kiedy więc doszli do wniosku, że tak, jak jest dalej być nie powinno, nie zamierzali trwać w miejscu za wszelką cenę. Pomogły przenosiny pracodawcy za granicę i propozycja dla Marcina, by tam kontynuował pracę. To uruchomiło rozważania o ewentualnym kierunku wyjazdu. Dawna Anglia nie wydawała się zbyt bezpieczna, za to Islandia - znowu niebezpiecznie piękna i idylliczna.

(Archiwum prywatne)

„Dużo dyskutowaliśmy na ten temat. Przypominałam mężowi, że coś jednak spowodowało, że wyjechaliśmy z Islandii i mimo że chciałam tylko spędzić w Polsce urlop macierzyński, mąż postanowił przywieźć nasz cały dobytek. »Co teraz powoduje, że znowu chcesz chodzić w tym kieracie, który kiedyś tak cię zmęczył?«”

Marcin wydawał się wyjątkowo zdecydowany i przez blisko rok przekonywał do wyjazdu. Mimo podobnych doświadczeń na koncie, tym razem decyzja o emigracji była trudniejsza – bo dzieci. Do zmiany dłużej dojrzewała Dorota, przyzwyczajona, że na miejscu jest rodzina i bliscy, czyli codzienna pomoc i bezcenny kapitał dla dzieci na przyszłość. Zmiana adresu oznaczała wyrwanie ich do nowej rzeczywistości i dobrze, żeby mogły zostać w niej na długo – bez kolejnych przenosin, zmian szkół i znajomych. Kiedy masz dzieci w wieku przedszkolnym lub szkolnym, wyjazd za granicę nie jest wyjazdem na rok, dwa albo dopóki się nie znudzi – to dla wielu rodziców decyzja na długie lata.

„Wiedziałam, że tę decyzję musimy podjąć raz a dobrze i że jeśli znowu przyjadę na Islandię, to na stałe. Długo prowadziłam z mężem rozmowy na ten temat. Mówiłam mu, że gdzie nie byliśmy, po jakimś czasie dochodził do wniosku, że nie jest tam szczęśliwy. Ważne było uświadomienie sobie, że decyzja o powrocie do Islandii jest pewnym zobowiązaniem wobec dzieci. Zaznaczałam, że nawet jeżeli po dwóch latach będzie mu źle i stwierdzi, że nie chce tam dłużej być, to musi wiedzieć o tym, że ja się nigdzie nie wybieram.”

Marcin twierdził, że po tych rozmowach zszedł na ziemię. Nie miał już ambicji bycia bodyguardem VIP-ów, a ostatnie cztery lata pracy w tej branży skutecznie go z tych zapędów wyleczyły. To nie była profesja, która w Polsce dawałaby oczekiwaną renomę. Obowiązki różniły się też od tych, które pamiętał z przeszłości. Zamiast ochroniarzem, był głównie kierowcą i specjalistą od załatwiania różnych spraw. Tęskniąc do pracy sprzed wyjazdu do Anglii, spodziewał się czegoś innego. Niestety przez kilka ostatnich lat żaden z kolegów po fachu nie umiał dać mu nadziei, że może być inaczej. Zrezygnowani raczej smutno kiwali głową. Pobyt w Polsce dał szansę na odhaczenie marzenia z dawnych lat, niestety bez perspektyw na długie lata. Okazało się, że – jak w przysłowiu - trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma. Że wyobrażenia, które wywozi się z kraju, po latach mają się nijak do nowej rzeczywistości. A nawet jeśli rzeczywistość jest podobna, inny jest człowiek i jego oczekiwania.

„Mąż stwierdził, że nie doceniał Islandii, kiedy tam był, bo wydawało mu się, że gdzieś tam jeszcze czeka ten poszukiwany Eden. Zrealizował swój plan - wrócił do Polski, zobaczył wszystko na własne oczy i teraz wie, gdzie było i będzie mu najlepiej.”

Wyjazd był trudny nie tylko ze względu na dzieci. Nie ze względu na pakowanie, szukanie nowego domu, przedszkola czy względów finansowych. Najtrudniejsze i, jak mówi Dorota, jedyne, co od początku cisnęło łzy do oczu, to zostawić najbliższych i przerwać te zażyłe relacje, które zdążyły zbudować się przez ostatnie cztery lata.

Do Islandii wrócili w 2016 roku. Mówią, że jak do siebie, bo Islandia taka już jest, że wchodzi pod skórę i nie daje o sobie zapomnieć. Pomogły zachowane relacje ze starymi znajomymi i niepopalone mosty. Dorota przyjmuje turystów w tej samej sieci hoteli, którą zostawiała, przyjeżdżając do Polski. Marcin jest kierowcą autobusów w Reykjaviku. Dzieci uczą się w tamtejszym przedszkolu i szkole. W Polsce spędzili 4,5 roku. Twierdzą, że dali Polsce szansę. Nie żałują powrotu, ale też nie dziwią się wyjeżdżającym.

„Perspektywy dla młodych ludzi są u nas w kraju nędzne. Trudno dziwić się komuś, kto chce sobie je na własną rękę polepszyć. Wiele granic stoi otworem, ludzie z tego korzystają - i bardzo dobrze.”

Malwina Wrotniak

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
12 19 com

Pretensje do Polski. Dlaczego? Ledwie nacieszyła się wolnością po rozbiorach, to znowu została podzielona pomiędzy Niemcy i Rosję. Przecież Niemcy w czasie II wojny światowej obrócili mnóstwo miast w gruzowisko jak Aleppo. Rosjanie robili po wojnie co chcieli, gwałcili i wywozili całe fabryki. Ktoś coś zapłacił?! Wymordowano inteligencję. Zafundowano nam najbardziej nieudolny system w dziejach. Do władzy doszli ludzie, przy których kryminaliści byli porządnymi ludźmi. Prezydent kraju - Bierut był jednocześnie agentem NKWD. Następni komunistyczni przywódcy nie byli specjalnie lepsi. Sam Jaruzelski zmarnował 10 lat na rozwój kraju. Co było w latach dziewięćdziesiątych - osiągnięcia mistrzów ekonomii - Balcerowicza i Lewandowskiego znamy. Co urzędników, którzy nie ułatwiają życia ludziom - często zawdzięczają pracę znajomościom. Kiedy się zmienią - jeśli dziennikarze byliby obiektywni, byłoby szybciej.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
22 20 mlody_wymiatacz

Tak to prawda że w Polsce żyje się lepiej ale tylko tym którzy we wcześniejszych latach wyjechali za granicę, zarobili pieniędzy i wrócili. Dziś młody nie ma szans na zarobienie godziwej wypłaty a co więcej, żeby jeszcze coś z tej wypłaty odłożyć. Taka jest rzeczywistość niestety. Będąc osobiście za granicą 3 miesiące zarobiłem tyle co tu musiałbym tyrać prawie 8 miesięcy, więc różnica jest spora. Pozostaje jedynie tęsknota za domem i rodziną. Nasz rząd nie robi nic aby zapewnić młodemu pokoleniu pracę, cieszą się że spadło bezrobocie ( oczywiście że spadło bo bezrobotny wyrejestrował się z urzedu pracy po to aby wyjechać za granicę), dali 500+ a ceny towarów skoczyły też +500% także takie są realia. Pozdrawiam.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
75 43 xiven

emigrant to styl bycia, oni wszyscy zachowują się tak samo irytująco, dobrze że nie ma ich już u nas ale niedobrze że trzeba ich czytać w internecie, taki typ ludzi których poznasz raz, znajomość szybko się urwie bo popędzą dalej ale smród po nich będzie ci przypominał przez długie dekady że mieli kiedyś taki straszny epizod w życiu że mieszkali obok ciebie ale na szczęście jak to dobrze że już tak nie jest...

cała ta seria artykułów to jest tylko po to by tacy ludzie mogli sobie podbudować ambicje marudząc na Polskę. Czy nam jako Polakom chce się takich rzeczy wysłuchiwać?

ja tu wszedłem już tylko z irytacji wynikającej z samego przeczytania tytułu

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
2 27 eltorro

Gdyby nie emigracj zarobkowa po 2004 to pewnie do dzis najniższa płaca była ok 1000 zł brutto. Bezrobocie było by dwucyfrowe. Mysle że nie bieżesz pod uwage faktu, że dzieki tym ludziom Tobie żyje się lepiej. Po pierwsze, dzieki temu jest teraz rynek pracownika, po drugie ta cała masa emigrantów od ponad 10 lat pompuje w polską gospodarkę mase gotówki. To dzieki nim dziesiątki tysiecy rodzin ma od lat stałe dochody zza granicy, to dzięki nim powstało wiele domów za gotówke... mozna wymieniac..... O tym sie nie mówi. Ale prawdopodobnie oni własnie mają ogromny wpływ na wzrost gospodarczy w PL.... Bo pracują za granića, żebys ty mógł prowadzic swój biznes w kraju.... Wielu moich znaomych pracujących w Norwegii, czy Holandii i Anglii pobudowało sie w kraju za gotówke sprowadzaoną z zagranicy. Dzikeki nim Twoja pensja wzrosła o 100% w ciągu ostatnich 10 lat. I dzieki nim tak sie pysznisz bo myslisz ze jestes patriota bo nie wyjechales z kraju za chlebem....

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
79 41 borma

2kbb mam inne zdanie. To dzisiejszy rzad wyizolowal polske z UE, doprowadzil do konfliktow z sasiadami , oprocz Bialorusi. To ten rzad prowadzi Polske na wschod jakkolwiek nasza korzenie i kultura tkwia w wartosciach chrzescijanskich. Tomten rzad dopuszcza szubiennice ze zdjeciami oüozycji a wiec faszyzm. Sporo mozna by jeszcze wyliczac . Natomiast ten portal nie ma z tym , nic wspolnego. Jesli chodzi o upodlanie , to my sami siebie upodlamy. Wystarczy wysluchac jezyka uzywanego przez czlonkow partii rzadzacej.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
27 47 jacyna2017

Najlepiej głowa pod kran z zimną wodą to pomaga! Najśmieszniejsze i najsmutniejsze zarazem jest to, że ci co histeryzują oskarżeniami o faszyzm z braku zrozumienia i argumentów nie wiedzą nawet na czym polega i nie potrafią go zdefiniować!

! Odpowiedz
26 32 2kbb

90 % Polaków jeszcze do dzisiaj nie rozumie co wydarzyło się w I połowie XX wieku i czego konsekwencje dla emigracji mamy do dzisiaj...
W ostatnim czasie na podstawie opracowań i poznawania historii Polski przedwojennej dotarło do mnie że w latach 30-tych po śmierci Piłsudskiego, Polska pogrążyła się w chaosie politycznym czego skutkiem było zainstalowanie się na powrót w naszym kraju służb wywiadu i agentury rosyjskiej i w konsekwencji najgorsze decyzje jakie można było podjąć tuż przez IIWŚ. Polska miała w 1939 roku podpisać porozumienie z Hitlerem i odwlekać jak tylko długo się da wybuch IIWŚ.... Stalin za pomocą swoich agentów pokierował tym wszystkim tak aby Polska odizolowała się od Hitlera a on w tym samym czasie zawarł z nim pakt Libentrop Mołotow aby osamotnić Polskę i aby znowu rozebrać ją pomiędzy Rosję i Niemcy jak było to wcześniej podczas zaborów. Stalin nie przypuszczał że Hitler odważy się uderzyć na Francję i Zachodnią Europę...To że w 1945 roku Stalin tak łatwo wprowadził w Polsce swoje rządy wynikało z tego że Polska została rzucona na kolana najpierw przez Hitlera a później w Katyniu i podczas wywózek na Sybir przez Stalina.... Dzisiejsza sytuacja z emigracja Polaków jest tylko konsekwencją tamtych zdarzeń podczas i po II WŚ. Dzisiaj nie jesteśmy w stanie zatrzymać tak łatwo emigrujących młodych Polaków bo mimo rzekomej wolności , tylko zasady gospodarcze są jako tako rynkowe ale właśnie w urzędach i instytucjach mamy dalej głęboką komunę... Wiele osób w Polsce nie rozumie dlaczego ich rodzice nie wyjeżdżali za granicę , dlaczego nie znają języków , i dlaczego Polska jest tak upodlona w stosunku do innych krajów Europy.... Ten proces będzie jeszcze trwał długo.... Na szczęście luki po polskich emigrantach zapełnili częściowo Ukraińcy ale na dłuższą metę jest to nie nieprawidłowy stan... Polska nadal jest zagrożona i stąd dzisiejszy Rząd robi takie desperackie ruchy.... Nie pomagają mu w tym takie czerwone portale internetowe jak ten....

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
15 35 jacyna2017

Swoją drogą ciekawy dziennikarski 'pomysł'. Aby nie wyszło na to, że w Polsce może być dobrze, zwłaszcza tym, którzy za świetlanych lat wyjechali, a teraz niepoprawnie politycznie wracają, szanowna redakcja wyszukuje od tygodni malkontentów, którzy ponarzekają aby było zgodnie z 'oficjalną ideoweą linią'. Ważne aby napuścić jednych na drugich i propagandowo namieszać!
A może znajdziecie kogoś kto wrócił i jest zadowolony? Chyba się nie uda!?

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
13 81 fred_

Ja mieszkam od lat za granica i mi jakos Polska bardo pasuje. Uwazam, ze w PL jest bardzo czysto, domy i ogrody sa bardzo zadbane, jest bezpiecznie a przede wszystkim bardzo lubie jak wokolo slysze rozmowy w naszm ojczystym jezyku (nie rozumiem jak moze byc to dla kogokolwiek problem). Przyjdze czas tez wroce ale nie bede narzekal poniewaz mam porownanie jake sa plusy i minusy zycia za granica.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
45 58 skaurus

Pieprzeni malkontenci, nic im nie pasuje, z niczego nie są zadowoleni. Znam ten typ człowieka, nie potrafi spokojnie usiedzieć na tyłku i podyskutować bo wszystko widzi jako porównanie do czegoś, a to z definicji nie prowadzi do niczego zdrowego. Utoniesz w spirali, bo zawsze gdzieś jest lepiej/więcej/ciekawiej. Jprdl, nie pasuje? to po co się dzielić swoimi smutkami? A może właśnie po to by się usprawiedliwić, że jednak podjęli słuszną decyzję? Szukać aprobaty otoczenia, bo żyje się w dylematach i wahaniach?

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl