Borykający się z problemami Volkswagen znalazł zaskakująco prosty sposób na uratowanie jednej ze swoich nierentownych fabryk. Zamiast zamykać zakłady w Osnabrück z powodu braku popytu na samochody, Niemcy po prostu zamienią ją w zakład produkujący broń.


Jak donosi agencja Bloomberg, całą operację zaplanowano z wyjątkowym wyrachowaniem - tak, by sprytnie obejść opór jednego z kluczowych akcjonariuszy spółki, a więc Katarczyków.
125-letnia fabryka w Osnabrück, zatrudniająca 2,3 tysiąca osób, w 2027 roku miała stracić swój ostatni produkowany model - Volkswagena T-Roc w wersji cabrio. Zamiast gasić światło i wypłacać odszkodowania pracownikom oraz walczyć ze związkami zawodowymi, postawiono na sprzęt wojskowy. Na mocy wstępnego porozumienia, większościowym właścicielem zakładu zostanie izraelski fundusz Aurelius Capital (przy wsparciu rządu Dolnej Saksonii).
Od razu zaplanowano też projekt, który utrzyma zakład przy życiu. Zamiast aut osobowych, z taśm zjadą komponenty dla systemu obrony przeciwlotniczej Rafaela - słynnej Żelaznej Kopuły. Chodzi m.in. o ciężkie pojazdy transportowe pod rakiety i generatory prądu, które trafią na wyposażenie Niemiec i reszty Europy.
Sprytny unik przed Katarczykami
Najciekawsze w całej transakcji jest jednak to, jak Volkswagen ją ułożył. Niemcy nie podpisali umowy na produkcję wojskową bezpośrednio z izraelskim producentem uzbrojenia Rafael.

Zwykle przy takich fuzjach dąży się do najkrótszej drogi, ale tutaj użyto "bufora" w postaci firmy Aurelius. Problemem był Katar (a dokładnie Qatar Investment Authority), który posiada 17 proc. praw głosu w Volkswagenie i obsadza dwa miejsca w radzie nadzorczej. Od czasu wybuchu wojny w Strefie Gazy w 2023 roku, relacje Dauhy z Izraelem są drastycznie napięte. Skonstruowanie projektu tak, by Volkswagen nie wchodził w bezpośrednie partnerstwo z Rafaelem, pozwoliło uciąć polityczne opory i przepchnąć transakcję.
Osnabrück uratowano, ale to kropla w morzu problemów całej grupy
Metoda miała jedną zaletę, mianowicie rozwiązała problem jednego zakładu, ale tylko jednego zakładu. Problem w tym, że dla całego Volkswagena to zaledwie plaster naklejony na sporą ranę.
Prezes Oliver Blume wciąż musi zredukować europejskie moce produkcyjne o około pół miliona aut rocznie. Jego plan restrukturyzacji przewiduje gigantyczne cięcia rzędu 50 tysięcy miejsc pracy i znaczące uszczuplenie gamy modeli - "Titanic uderzył już w górę lodową", jak pisał na łamach Bankier.pl Marcin Kazimierczak. Volkswagen zdecydował już bowiem o likwidacji Seata.
Przypadek Osnabrück pokazuje, że wprowadzanie zewnętrznych inwestorów spoza branży moto może być ratunkiem, ale znalezienie podobnych, równie zyskownych alternatyw dla pozostałych, świecących pustkami niemieckich fabryk będzie niezwykle trudne, a być może, jak obawia się rynek, po prostu niemożliwe.
Oprac. AO.




























































