To jednak był zdechły kot. Wtorkowe odbicie w środę zostało zanegowane. Dow Jones pogłębił poniedziałkowy dołek i znalazł się na terytorium bessy. Inwestorzy wyprzedawali akcje, do czego skłaniało ogłoszenie pandemii przez Światową Organizację Zdrowia.


24 godziny temu ostrzegaliśmy, że wtorkowe wzrosty mogą okazać się tzw. odbiciem zdechłego kota. I to się niestety potwierdziło. Ekspansja epidemii Covid-19 i coraz dalej posunięte ograniczanie wolności w Europie sprawiły, że recesja wydaje się już nieuchronna. Kolejne kraje zamykają granice, zakazują zgromadzeń, zamykają instytucje publiczne i rozpoczynają reglamentowanie środków medycznych.
Jeszcze trzy tygodnie temu Wall Street świętowała kolejny szczyt 11-letniej hossy. Teraz jesteśmy na krawędzi bessy. W środę S&P500 zaliczył spadek o 4,89%, do 2741,38 pkt. Oznacza to, że od lutowego rekordu S&P500 stracił już 19,2%. Dow Jones runął w dół o 5,86%, do 23 553,22 pkt. i znalazł się 20,3% poniżej lutowego rekordu. Oznacza to przekroczenie umownej granicy bessy, którą Amerykanie definiują jako spadek o ponad 20% od szczytu.
Wciąż niemożliwy do oszacowania jest zasięg oraz skutki chińskiego
koronawirusa, który WHO
już oficjalnie uznała za pandemię. Nastrojów nie poprawiła informacja, że oficjalny
lekarz Kongresu USA Brian Monahan ocenił, że liczba zakażonych Covid-19 w
Stanach Zjednoczonych wyniesie od 70 mln do 150 mln osób, czyli 20-46%
populacji USA. Marc Lipsitch, epidemiolog z Harvardu, jest zdania, że nowy
koronawirus dotknie 20-60% światowej populacji. Mało kogo uspokajają szacunki, że dla 80% chorych będzie to przypominało zwykłe przeziębienie. Oficjalne dane mówią na razie o zaledwie 1050 zdiagnozowanych przypadkach koronawirusa w USA.
Paniczne decyzje władz i coraz bardziej alarmistyczne prognozy zaczynają coraz mocniej udzielać się inwestorom. Rynki finansowe są w trakcie dyskontowania globalnej recesji, powrotu stóp procentowych w USA do zera lub nawet poniżej i spadku zysków giełdowych korporacji. Wziąwszy to pod uwagę trudno się dziwić, że skrajnie przewartościowane akcje szybko tanieją.
Wśród blue chipów straszyły akcje Boeinga, przecenione dziś o 18%. Notowania kontraktów CDS chroniących przed bankructwem producenta samolotów osiągnęły najwyższe poziomy od 2009 roku. Trwała też masakra spółek naftowych. Akcje Apache przeceniono o 23,5%, Occidental Petroleum o 17%, a Marathon Oil o ponad 9%. Nawet walory największych kompanii naftowych (tzw. majors: Exxon, Chevron, Shell, BP) zostały przecenione tak mocno, że oferują 8-10-procentowe (historyczne) stopy dywidendy. W dalszym ciągu mocno spadały akcje banków i linii lotniczych oraz firm z branży turystycznej.
Co ciekawe, tym razem spadającym akcjom towarzyszyły zniżkujące notowania obligacji skarbowych. Rentowność 1-letnich obligacji rządu USA wzrosłą o 10 pb., do 0,85%. Podczas poniedziałkowej paniki wynosiła ona ledwie 0,40%. Wzrost rentowności sygnalizuje spadek ceny rynkowej obligacji.
Bardzo niepokojące rzeczy działy się na rynku pieniężnym, który zdradza oznaki braku dolarowej płynności. I to mimo faktu, że Fed ponownie zwiększył limit gotówki, jaką w ramach operacji repo gotowy jest dostarczyć bankom. W środę kwota ta została podniesiona ze 150 mld do 175 mld USD (na pożyczkach jednodniowych). Pożyczono 132,4 mld USD. Mimo tego potężnego zastrzyku „płynności” potaniały zarówno akcje jak i obligacje, co daje do myślenia. Od września Rezerwa Federalna wpompowała w rynek 550 mld USD.
O problemach z płynnością mogą też świadczyć notowania kontraktów terminowych na złoto, które zamiast rosnąć trzeci dzień z rzędu zanotowały spadki (w środę o 1%). To powoli zaczyna przypominać sytuację z jesieni 2008 roku, gdy skurcz kredytowy wymuszał na zlewarowanych inwestorach bezwarunkowe zamykania długich pozycji także w sektorze metali szlachetnych. Równocześnie fizyczne złoto było wówczas trudne do dostania po jakiejkolwiek cenie.
Krzysztof Kolany






























































