

To podział Ukrainy. Tak Tomasz Badowski, szef Instytutu Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi komentuje wytyczanie na wschodzie kraju strefy zdemilitaryzowanej, która ma oddzielić siły państwowe i separatystów.

Wyznaczenie granicy pomiędzy stronami to w opinii Tomasza Badowskiego usankcjonowanie kontroli buntowników nad wschodnimi regionami. Wydarzenia, które obserwujemy, to dowód na podział Ukrainy na część centralną i zachodnią, oraz wschodnie regiony kontrolowane przez separatystów. Nie wiadomo jednak czy Ukraina zgodzi się na oddanie tych regionów Rosji, czy postanowi zachować integralność terytorialną, kosztem sytuacji jaką można zaobserwować w Naddniestrzu, lub Osetii i Abchazji.
Pas ziemi szerokości 30 kilometrów to jednak za mało, by uniemożliwić ewentualne incydenty. Wytyczenie strefy nie wyklucza także ponownego rozpoczęcia działań militarnych. Współczesne systemy uzbrojenia umożliwiają ostrzał poprzez tą strefę, mamy zatem do czynienia z aktem o wymiarze głównie symbolicznym.
Ustanowienie strefy zdemilitaryzowanej oznacza także dla Ukrainy zawieszenie postępów w relacjach z NATO, co także było jednym z celów Rosji.
Memorandum przyjęte w nocy z piątku na sobotę w Mińsku przez grupę kontaktową ds. ukraińskiego kryzysu zakłada wycofanie się każdej ze stron w celu utworzenia 30-kilometrowej strefy buforowej.
Separatyści ustalili datę wyborów
Prorosyjscy separatyści ze wschodniej Ukrainy chcą 2 listopada przeprowadzić wybory prezydenckie i parlamentarne. Głosowanie ma wyłonić władze zarówno samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej i Donieckiej Republiki Ludowej. Z kolei według ustawy o specjalnym statusie Donbasu, uchwalonej przez Kijów, wybory władz regionu miałyby odbyć się tam 7 grudnia.
Wcześniej, 26 października mają odbyć się wybory do Rady Najwyższej Ukrainy. Separatyści z Donbasu zapowiedzieli, że głosowanie na ich terenach zostanie "zignorowane". Premier "republiki ługańskiej "Igor Płotnickij stwierdził, że mieszkańcy Donbasu będą wybierać jedynie swoje władze.
Sytuacja na rynku gazu przed zimą
Komisja Europejska liczy na zawarcie tymczasowego kontraktu między rosyjskim Gazpromem a ukraińskim Naftohazem. Poinformował o tym w Kijowie unijny komisarz do spraw energetyki, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Guenther Oettinger.
Jego zdaniem, taki kontrakt powinien obowiązywać do czasu rozwiązania sporu między dwoma operatorami w sztokholmskim trybunale arbitrażowym.
Ukraińcy powinni kupować w tym czasie określoną ilość gazu za średnią cenę obowiązującą w Europie. Taka propozycja odpowiada stronie ukraińskiej.
Od lipca Ukraina jest pozbawiona dostaw paliwa z Rosji w związku ze sporem z Moskwą o sposób obliczania ceny gazu. Rada Ministrów apeluje do Ukraińców o oszczędzanie paliwa. Minister energetyki i przemysłu węglowego Jurij Prodan podkreśla, że odbiorcy nie powinni zalegać z płatnościami, w przeciwnym razie zostaną odłączeni od dostaw.
Według władz, Ukrainie brakuje 5 miliardów metrów sześciennych paliwa, aby sezon grzewczy przebiegł bez problemów. Na ten okres na razie jest około 32 miliardów metrów sześciennych gazu: w podziemnych zbiornikach jest obecnie 16,5 miliarda metrów sześciennych, import ze Słowacji od października do marca wyniesie niemal 6 miliardów metrów sześciennych, a własne wydobycie w tym samym okresie 10 miliardów metrów sześciennych. Ciepło nie będzie, ale i nie zamarzniemy - podsumował premier Arsenij Jaceniuk. Szef rządu zapewnił też, że Ukraina będzie wypełniać swoje zobowiązania dotyczące tranzytu paliwa. Naftohaz nie wyklucza jednak, że to Rosjanie wstrzymają transport gazu przez terytorium Ukrainy.
W piątek w Berlinie odbędą się trójstronne unijno-rosyjskie-ukraińskie rozmowy na temat handlu gazem.
Informacyjna Agencja Radiowa (IAR)/ Przemysław Pawełek / gaj/inni





























































