Indeks zaufania amerykańskich konsumentów w grudniu wspiął się na najwyższy poziom od przeszło 15 lat. Mimo to Dow Jones kolejny raz nie był w stanie sforsować bariery 20.000 pkt.


Najświeższy odczyt indeksu zaufania konsumentów to kolejny przejaw pozytywnych efektów, jakie wybory prezydenckie wywierają na psychikę Amerykanów. Osiem lat temu oczekiwano cudów po Baracku Obamie, tak samo teraz amerykański lud liczy, że wybrał kolejnego „cudotwórcę”.
W grudniu indeks Conference Board osiągnął najwyższą wartość od sierpnia 2001 roku, wspinając się na wysokość 113,7 pkt. To spore zaskoczenie, ponieważ w listopadzie wskaźnik ten przyjął wartość 109,4 pkt., a rynek spodziewał się odczytu rzędu 109 pkt.
Jeszcze pod koniec października ten indeks nastrojów konsumentów wynosił 98,6 pkt. Mamy więc do czynienia z eksplozją pozytywnych nastrojów wśród Amerykanów, choć przez ostatnie dwa miesiące sytuacja gospodarcza nie uległa istotnej zmianie.

Tymczasem na Wall Street obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu pt. „Dow Jones atakuje 20.000 punktów”. Nie muszę chyba dodawać, że była to kolejna nieudana próba. Tym razem do tej okrągłej bariery zabrakło niespełna 23 punktów. A do końca roku pozostały już tylko trzy giełdowe sesje.
Z drugiej strony sceptycyzm inwestorów powinien być zrozumiały. Wszakże z inwestycyjnego punktu widzenia ekstremalne odczyty nastrojów konsumenckich są wskaźnikami kontrarnymi. Wystarczy przypomnieć daty poprzednich wieloletnich szczytów tego indeksu: 1987, 2000 czy 2007 – na ogół na krótko przed rozpoczęciem giełdowej bessy lub krachu.
Krzysztof Kolany






























































