Od początku ostatniej fali kryzysu mniej lub bardziej świadomie operuje się kilkoma sloganami, które w nieprawdziwy sposób oddają istotę wydarzeń na styku finansów i polityki. Oto nasz subiektywny przegląd co bardziej absurdalnych i mylących wypowiedzi.
1. „Jeśli upadnie euro, upadnie też Europa” - ta wypowiedź niemieckiej kanclerz Angeli Merkel jest zdecydowanie przesadzona i nie opiera się na żadnej racjonalnej przesłance. To tylko słowa zdesperowanego polityka, który widząc walący się projekt polityczny, jakim jest strefa euro, boi się przyznać do porażki i wziąć odpowiedzialność za krótkoterminowe perturbacje towarzyszące rozpadowi bloku monetarnego.
Podział eurolandu na dwie lub trzy strefy walutowe czy nawet powrót do starych walut narodowych miałby więcej pozytywnych niż negatywnych konsekwencji. Dzięki dewaluacji krajowej waluty gospodarki Grecji, Portugalii lubWłoch mogłyby szybko odzyskać konkurencyjność, którą utraciły na skutek zbyt mocnego euro. Niemieccy eksporterzy jakoś znieśliby spadek sprzedaży nawet na kilku dużych rynkach europejskich. Może wypracowaliby mniejsze zyski, ale to w końcu nie powód, aby obwoływać „upadek Europy”, która zresztą i tak od 20 lat chyli się ku powolnemu upadkowi.
2. Europa ratuje Grecję. To nie Europa, lecz podatnicy niemieccy, francuscy, hiszpańscy i austriaccy bez pytania o zgodę i wbrew traktatowi z Maastricht zostali zmuszeni do faktycznej spłaty greckich długów. Pożyczone w ich imieniu pieniądze trafiły na konto Aten, te zaś oddały pieniądze bankom, w których przez 20 lat zaciągnęły dług 1,6-krotnie przekraczający wielkość greckiego produktu krajowego brutto. Pieniądze na „ratowanie Grecji” europejskim rządom pożyczyły te same banki, które trzymają w swoich portfelach feralne greckie obligacje. Nie jest tajemnicą, że największymi wierzycielami Grecji są banki francuskie i niemieckie. Te ostatnio podobno wykupiły polisę od bankructwa Aten (kontrakty CDS) od banków amerykańskich, co wyjaśnia powód wizyty amerykańskiego sekretarza skarbu we Wrocławiu. „Ratowanie Grecji” jest więc faktycznie ratowaniem prywatnych banków za pieniądze pożyczone od przyszłych pokoleń podatników.
3. Kryzys we Włoszech wywołali spekulanci. Politycy winą za swoje niepowodzenia zawsze muszą kogoś obarczyć, a anonimowi i nielubiani przez lud „spekulanci” świetnie się do tej roli nadają. Nie jest jednak winą spekulantów, że gospodarka Włoch przez ostatnie 10 lat rozwijała się średnim tempie 0,1% rocznie. Że dług publiczny sięga 120% PKB, a kraj nie przestrzega kryteriów z Maastricht (zresztą jak prawie cała unia walutowa). Że społeczeństwo Italii starzeje się w ekspresowym tempie, a wielu młodym Włochom, przyzwyczajonym do hojnej opieki socjalnej, zwyczajnie nie chce się pracować na emerytury swoich dziadków. Spekulanci nie lubią porywać się z motyką na Słońce - ich łupem padają tylko państwa w naprawdę złej kondycji.
4. Grecja realizuje reformy. Mimo obniżki emerytur, podwyżek podatków (VAT, akcyza) i nadzwyczajnego opodatkowania nieruchomości Grecy wcale nie chcą zreformować gospodarki ani zrównoważyć budżetu. Państwowe przedsiębiorstwa pozostają nieefektywną i nietykalną świętą krową, a ich pracownicy ani myślą zrzec się przywilejów. Dostęp do wielu zawodów pozostaje reglamentowany, co skazuje konsumentów na wyższe ceny, a młodym przedsiębiorcom uniemożliwia otwarcie własnego biznesu. Każda próba likwidacji lub redukcji branżowego przywileju (jak licencji taksówkarskich) kończy się niezbyt pokojowymi protestami lub dotkliwymi dla gospodarki strajkami.
Grecki rząd cynicznie oszukuje i okłamuje europejskich donatorów, konsekwentnie nie realizując celów fiskalnych postawionych przez KE i MFW. Grecy wiedzą, że są bezkarni, ponieważ nieprzyznanie im kolejnej transzy kredytu spowoduje wielomiliardowe straty w niemieckich i francuskich bankach. A władze Niemiec i Francji nie chcą ryzykować kłopotów w „swoich” bankach, bo mogłoby się to nie spodobać sponsorom ich kampanii wyborczych.
5. Europa mocno zaciska pasa. Z mediów można się dowiedzieć, że Grecy, Hiszpanie czy Portugalczycy w końcu zaczęli oszczędzać. Tyle że to nie jest prawdą. Rządy Portugalii i Hiszpanii wciąż utrzymują ogromne deficyty budżetowe, a szeroko rozgłaszane cięcia wydatków były tylko powierzchowne. Czym bowiem jest 54 miliardów euro, jakie Włosi chcą oszczędzić w ciągu dwóch lat, w porównaniu do ponad 100 miliardów euro rocznego deficytu i długu przekraczającego 1,9 biliona euro?
Cięcia budżetowe w Europie wciąż są kosmetyczne i nie dotyczą najistotniejszych wydatków: emerytur, zasiłków, wydatków na sektor medyczny, dotacji dla państwowych przedsiębiorstw i biurokracji. Tyle że w warunkach demokracji - gdzie większość wyborców już w jakimś sensie żyje na koszt państwa (tj. innych podatników) - dokonanie istotnych redukcji wydatków socjalnych byłoby politycznym samobójstwem. I dlatego ten kryzys nie zostanie rozwiązany przez polityków. A już na pewno nie przez tych, którzy teraz nas okłamują.
































































