Prognozy dla rynku pracy są bardzo optymistyczne. Co dziesiąty pracodawca planuje zwiększyć zatrudnienie – tak wynika z Barometru Manpower. Eksperci przekonują, że obecnie to pracownicy częściej dyktują warunki, a nie pracodawcy. Kiedy i komu wzrosną pensje? Tego eksperci nie podają, ale spróbujemy na te pytania odpowiedzieć.


Stopa bezrobocia w Polsce wynosi 9,6%. Bez legalnej pracy pozostaje 1,5 mln osób, z tego ponad 600 tys. to ludzie bezrobotni przez ponad 12 miesięcy.
Przeciętny czas poszukiwania pracy w Polsce, w zależności od wieku, waha się od 8 miesięcy (dla młodych do 30 roku życia) do ok. 2 lat (dla osób powyżej 56 roku życia).
Prawdopodobnie ok. pół miliona osób zarejestrowanych jako bezrobotne, tak naprawdę stale pracuje w szarej strefie. Długotrwale bezrobotni często nie poszukują zatrudnienia, a w rejestrze widnieją tylko z przyczyn formalnych – po to, by korzystać ze świadczeń pomocy społecznej oraz mieć opłaconą składkę zdrowotną.
Odsetek długotrwale bezrobotnych w stosunku do bezrobotnych ogółem, najwyższy jest w woj. lubelskim, podlaskim, mazowieckim i podkarpackim, gdzie przekracza ponad 45%. Wiele zależy od kondycji gospodarczej w regionie, ale nie oszukujmy się – niektórzy nawet nie szukają legalnej pracy. Nie da się również zaprzeczyć, że część osób jest "zmuszana" do pracy na czarno.
O pracujących w szarej strefie rzadko mówi się w kontekście potencjalnych podwyżek – zatrudniani są oni zwykle w firmach lub nieformalnych spółdzielniach, które raczej dryfują na graniach opłacalności. Można jednak założyć, że w przypadku zapowiadanej poprawy koniunktury, szczególnie w budownictwie, ich płace w przyszłym roku powinny nieznacznie wzrosnąć.
Przeczytaj także
Niedobór talentów – ładnie to brzmi
Eksperci przekonują, że pracodawcy coraz częściej cierpią na niedobór talentów tzn. osób z doświadczeniem i umiejętnościami potrzebnymi do wykonywania konkretnej pracy. Rynek pracy dla specjalistów zwykle jest łaskawy i jeśli ktoś faktycznie posiada unikalne kompetencje, to wraz z rozwojem danej branży, może liczyć na poprawę swoich warunków zatrudnienia. Kłopot w tym, że rynek nie znosi próżni i wraz z np. wzrostem zapotrzebowania na programistów, rośnie również zainteresowanie nauką tego zawodu. Kilka lat temu mieliśmy boom na speców od marketingu, później na inżynierów, a dzisiaj na programistów. Gdy rynek się nasyci to zarobki prawdopodobnie zaczną maleć.
Przeczytaj także
Pracodawcy coraz częściej deklarują chęć powiększania swoich zespołów. Utrudnieniem dla nich jest jednak narastający niedobór talentów, którego skutkiem są trudności w pozyskiwaniu odpowiedniego personelu. Zmusza to firmy do większego inwestowania w pracowników, podwyższania wypłacanych wynagrodzeń oraz nakładów na systemy motywacyjne. To też powód częstszego sięgania przez firmy po wsparcie agencji zatrudnienia, wyspecjalizowanych w prowadzeniu rekrutacji. Pomagają pracodawcom w pozyskaniu poszukiwanych talentów, ale też dostarczają doradztwa, tak cennego na współczesnym rynku. Również dla poszukujących pracy kontakt z agencją zatrudnienia jest istotnym wsparciem, umożliwiając im dostęp do jeszcze większej liczby różnorodnych i sprawdzonych ofert, których na naszym rynku wciąż przybywa – komentuje Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce.
Sektor publiczny – średnio 100 zł na rękę więcej
W sektorze publicznym w Polsce pracuje ponad 3 mln ludzi. Osoby zatrudnione w spółkach skarbu państwa raczej nie mają szans na duże podwyżki – wysokie wydatki rządowe trzeba z czegoś sfinansować. Urzędnicy nie będą hojnie obdarowani, chociaż poprzedni rząd zarezerwował w budżecie 2 mld zł na podwyżki w sferze budżetowej, to dla samych urzędników zostanie nieco ponad 400 mln zł. Na rękę będzie to raptem od 80 zł do 200 zł na osobę. Na podobne podwyżki mogą liczyć pracownicy służb mundurowych, na które MON i MSW przeznaczą łącznie ok. 700 mln zł.
Podwyżek nie dostaną nauczyciele - to jedyna duża grupa zawodowa, która nie ma "zdolności negocjacyjnych", przez co władza nie musi się z nią liczyć. Słono za to zapłacimy w przyszłości, bo w kiepsko opłacanej pracy, zostaną tylko kiepscy pracownicy. Górnicy, z uwagi na fatalna sytuację tej branży, będą mieli szczęście, jeśli zachowają etaty. Pewne są jedynie podwyżki dla pielęgniarek - od września 2016 roku dostaną one dodatkowe 400 zł brutto.
Przeczytaj także
W sektorze prywatnym sprawa jest bardziej skomplikowana
Pracodawcy deklarują chęć zwiększenia zatrudnienia jednak nie oznacza to, że obecni pracownicy dostaną wyższe wynagrodzenia. Tu nie ma reguł, wszystko zależy od indywidualnej kondycji przedsiębiorstwa, planów zarządu oraz sytuacji na rynku pracy w regionie. Stwierdzenie, że np. w przyszłym roku pracownicy HR zarobią więcej, jest równie ryzykowne, jak rekomendacje zakupu akcji spółek skarbu państwa. Nie można wykluczyć, że ta grupa zawodowa zyska, ale równie dobrze może być odwrotnie. Ogólnie fundusz płac powinien wzrosnąć wraz ze wzrostem PKB, ale wynagrodzenia zawsze z opóźnieniem reagują na pozytywne sygnały płynące z gospodarki. Istotne znaczenie ma presja płacowa, która – zgodnie z tym co przewidują eksperci – jest bardzo duża, ale tutaj niestety plany zwiększenia funduszu płac może pokrzyżować polityka.
Przykładowo sektor bankowy, w którym pracuje ok. 120 tys. ludzi, na skutek m.in. wprowadzenia podatku bankowego, wzrostu składki do BFG i innych opłat, raczej nie będzie skłonny do podwyżek. Na biednego nie trafiło? Niestety, szeregowi pracownicy oddziałów bankowych zwykle zarabiają w graniach 1,8–2,5 tys. zł netto miesięcznie. Dodatkowo należy dodać, że banki, z uwagi na rozwój bankowości elektronicznej i mobilnej, planują zamykać coraz większą liczbę oddziałów, a to oznacza redukcje etatów.
Czy państwo wyręczy pracodawców?
Niestety, nadmierne rozdawnictwo ze strony państwa, w określonych wypadkach, wyręcza pracodawców od podwyżek. O ile np. program 500 zł na dziecko w teorii powinien doprowadzić do zwiększenia najniższych wynagrodzeń – zakładając, że mało kto zdecyduje się na pójście do pracy za 1,2 tys. zł, skoro od państwa dostanie 1 tys. zł i zamiast męczyć się z szefem, będzie mógł ten czas spędzić z dwójką dzieci.
Z uwagi na duże potrzeby i stosunkowo niskie zarobki większość raczej nie zrezygnuje z zatrudnienia, tak jak wskazywała Fundacja Obywatelskiego Rozwoju. Bardziej prawdopodobne jest, że pracownicy zarabiający odrobinę więcej niż wynosi próg do otrzymania świadczenia od państwa, poproszą pracodawców o obniżenie legalnego wynagrodzenia, w zamian za dodatkową wypłatę "pod stołem”.
W początkowym okresie negatywnie na wzrost funduszu płac w sektorze prywatnym może też wpłynąć podniesienie kwoty wolnej od podatku. Jeśli wyniesie ona 8 tys. zł, to każdy pracujący zyska 72 zł miesięcznie netto. Dla osób zarabiających 2 tys. zł netto, a tyle wynosi mediana wynagrodzeń, jest to podwyżka o 3%. Obniżka podatków zawartych w wynagrodzeniach jest konieczna, ale część pracodawców początkowo potraktuje to, jako dobry powód do odmówienia pracownikom podwyżek brutto, ewentualnie będą one niższe.
Podwyżki w sektorze prywatnym zwykle mają wybitnie indywidualny charakter – dostają je konkretni pracownicy lub działy. W większości firm nie ma reprezentacji związkowej, która np. negocjowałaby coroczną podwyżkę dla wszystkich pracowników. Dlatego nie jest w Polsce czymś niezwykłym, gdy dwóch pracowników, z dokładnie takimi samymi obowiązkami i kompetencjami oraz podobnym doświadczeniem i stażem pracy, ma znacznie różne pensje.
Pewny jest jedynie wzrost płacy minimalnej, dzięki któremu najmniej zarabiający, dostaną dodatkowe 70 zł netto więcej.



























































