Wojna w Zatoce Perskiej podstawia nogę globalnej gospodarce. Branża lotnicza już zaliczyła wywrotkę. W Europie paliwo lotnicze podrożało o ponad 100%, a w Azji – która z Bliskiego Wschodu sprowadzała go jeszcze więcej – aż o 300%. Obecnie paliwo odrzutowe jest dwa, a nawet trzy razy droższe niż surowa ropa, z której powstało. To największa dysproporcja w historii.


Foldery turystyczne, jeszcze niedawno kuszące błękitem wód Omanu czy nowoczesnością Dubaju, lądują w koszu. Nie tylko dlatego, że w regionie stało się niebezpiecznie. Inne kierunki, dotąd dostępne na wyciągnięcie ręki, stają się nieosiągalne z powodu ekonomicznego paraliżu, który swój początek ma w wąskim gardle świata: cieśninie Ormuz - jak zaznacza analiza zrobiona przez radio Tok FM.
Geopolityczny zator w wąskim gardle
Przez cieśninę Ormuz, co ważne dla podniebnych pasażerów, przechodzi niemal połowa europejskiego importu gotowego paliwa lotniczego. Dla przewoźników oznacza to jedno: koniec taniego tankowania, a to przekłada się bezpośrednio na ceny na lotniskach.
Lotniska stoją przed widmem fizycznego braku surowca. Choć europejskie rafinerie mogą produkować benzynę lotniczą, nie są w stanie szybko zastąpić gigantycznych mocy przerobowych państw arabskich. Z kolei sprowadzanie paliwa z Azji jest ekstremalnie drogie nie tylko przez cenę samego produktu, ale i przez rekordowe koszty paliwa morskiego (bunkrowego), które drożeje, gdy statki muszą nadrabiać tysiące kilometrów, omijając strefę wojny.
Ceny biletów: kto zapłaci za kryzys?
Dla linii lotniczych paliwo to 30-40 proc. wszystkich kosztów operacyjnych. Przy takich skokach cenowych podwyżki biletów są nieuniknione.

Linie takie jak Qantas, SAS czy Hong Kong Airlines już wprowadziły dopłaty paliwowe, w niektórych przypadkach podnosząc ceny o 35 proc. Air New Zealand dolicza średnio 90 dolarów do każdego sprzedanego biletu.
Pasażerowie rezerwujący bilety Air France-KLM po 11 marca muszą liczyć się z obowiązkową dopłatą paliwową. W klasie ekonomicznej wynosi ona 50 euro do każdego biletu, natomiast w klasach wyższych (Premium Economy, Business, First) stawki te są odpowiednio wyższe.
Ryanair i Wizz Air, których model biznesowy opiera się na niskiej cenie, stają pod ścianą. Każda podwyżka taryf drastycznie tnie liczbę ich klientów, dlatego będą bronić obecnych cen „do ostatniej krwi”, godząc się na ogromne straty finansowe.
Podróż samolotem stanie się luksusem?
Najczarniejszy scenariusz kreśli Finnair. Jeśli chaos paliwowy potrwa dłużej, latanie stanie się po prostu nieopłacalne. Przewoźnicy mogą zostać zmuszeni do odwołania rejsów nie tylko z braku paliwa w bakach, ale z braku rentowności każdego startu.
Dzisiejsza sytuacja przypomina kryzys z początku lat dwutysięcznych. Wówczas w USA, po skokowym wzroście cen paliw wywołanym przez huragan Katrina, upadły potęgi takie jak Delta i NorthWest. Rafinerie zniknęły pod wodą, a linie lotnicze – pod ciężarem długów. Pytanie kolejne brzmi: jak na podwyżki zareagują pasażerowie na koniec taniego, szybkiego i powszechnego latania?
opr. aw



























































